J&K away

Friday, January 20, 2006

update re: singapurscy studenci

Oni nie sa 10 razy bardziej efektywni niz polscy. Sa 100 razy bardziej zorganizowani, 50 razy lepsi w uzytkowaniu techniki na codzien, ale - modlmy sie, zeby to bylo tylko moje pierwsze, bledne wrazenie - 100 razy MNIEJ efektywni niz polscy studenci!!

Wlasnie wrocilem ze swojego pierwszego group meeting z moja grupa z BGS (ta od wczorajszej konferencji prz basenie) - pojechalem do szkoly SPECJALNIE na to zebranie, oni je, mrowki cholerne, zorganizowali o 12.30, takze musialem wstac o 11.30 (sic!), a zebranie wygladalo mniej wiecej tak, ze siedzialy te trzy dziewczyny (moja grupa: ja i czterech lokalnych; 3 dziewczyny i jeden koles) razem z asystentem profesora (TA - teacher's assistant, ktory jeszcze ma na imie Toto, takze ogolnie nazywamy go TA Toto) i dyskutowaly nad tym, na jaki temat mamy napisac ta prace. Ja sie spoznilem jakies 15 minut i kiedy wszedlem, Toto akurat wychodzil. No wiec zapytalem dziewczyn, na jaki temat sie zdecydowaly. I uslyszalem najbardziej chyba prowokacyjna hipoteze w moim zyciu, mianowicie Czy reklama wspomaga sprzedaz?

Nie, no myslalem, ze umre. Grzecznie zapytalem, czy nie uwazaja czasem, ze to dosc oczywiste, ze reklama wspomaga sprzedaz i ze ciezko im bedzie z takim tematem nie tylko zainteresowac jakakolwiek publicznosc, ale w ogole uzyskac zgode profesora? Moze od razu damy profesorowi pare hipotez do wyboru i ja wtedy proponowalbym jeszcze zastanowic sie nad tym, czy Opady deszczu w jakikolwiek sposob wplywaja na wzrost roslin, ewentualnie Czy da sie znalezc relacje miedzy wielkoscia wady wzroku a sila noszonych okularow??


No taaaak, masz racje. Kurcze, rzeczywiscie. Oj tak, faktycznie.

I tu miala miejsce dyskusja wlasciwa, ktora, z racji na jej niewielka objetosc, pozwole sobie przytoczyc w calosci: (uwaga, zaczyna sie singapurskie group meeting)

- To jaka hipoteze teraz wezmiemy...?
- kurcze, nie wiem la. Moze... [3 minuty intensywnego milczenia]
- Wiem, wiem! A moze. . . zagramy w pilkarzyki? [stoja obok]
- hihihihi la
- hahahaha la
- hej la, o ktorej macie zajecia?
- mi sie zaczynaja za 10 minut.
- ale musimy miec ta hipoteze razem z calym planem projektu na przyszly czwartek!
- oj tak. To moze spotkamy sie na group meeting jutro?

- ok la, to do zobaczenia, dzieki, ze przyszedles yuri.


I tyle. Po spotkaniu. Trwalo to wszystko 10 minut, moze 15, po czym wszyscy sie rozeszli.

Takze odszczekuje wszystko co, co powiedzialem na temat ich efektywnosci. Miejmy nadzieje, ze w innych grupach bedzie inaczej.

Ide na basen la!

Thursday, January 19, 2006

W jakim jezyku mowi sie w Sinapurze?

hello lah!

Z tego, co mozna znalezc w Internecie, encyklopedii i innych wiarygodnych zrodlach, w Singapurze mowi sie w czterech oficjalnych jezykach - angielskim, mandarynskim, malajskim i jakims tam jeszcze czwartym, zapomnialem, ale nie chce mi sie teraz tego sprawdzac, bo i tak nie ma to znaczenia tutaj. Cztery jezyki - tyle mowia oficjalne zapiski (o, ten czwarty to tamilski - wlasnie!).

Jezeli ktos bylby troche bardziej dociekliwy, prawdopodobnie znalazlby gdzies informacje, ze Singapurczycy nazywaja lokalna odmiane angielskiego nie english, ale singlish. (uwaga czytelniku, juz w tej chwili w Twojej glowie powinien zabrzmiec ostrzegawczy dzwonek - co to znaczy odmiane angielskiego?) OK - myslisz sobie, fajna nazwa, polaczyli Singapur i english - super, ci to dopiero maja pomysly.

Tyle mozna znalezc informacji na ten temat w Internecie. Nic wiecej. Jeden jedyny Marcin Bruczkowski (ten od "Bezsennosci w Tokio", kto nie czytal, niech zaluje - rewelacyjna ksiazka) w swojej nowej pozycji "Singapur - czwarta rano" - uwaga, cytuje: "pokazuje realia życia w Singapurze. Posługuje się potocznym językiem, a jednocześnie bezpiecznie przeprowadza przez zawiłości Singlish"

Hmm - czas chyba na drugi dzwonek, nie sadzicie? Zawilosci, mowicie?

Otoz tak. Singlish cechuja pewne zawilosci. Skoro oficjalne zrodla milcza na ten temat, ja przyblize Wam cala prawde. W generalnym skrocie te drobne zawilosci polegaja na tym, ze

TEN JEZYK NIE MA NIC WSPOLNEGO Z ANGIELSKIM I TOTALNIE NIE DA SIE GO ZROZUMIEC!!!!

Jezeli mialbym opisac brzmienie singlish za pomoca slow - co jest zadaniem szalenie trudnym, jezeli nie przekraczajacym ludzkie mozliwosci - poprosilbym Was (przy zachowaniu maksimum uprzejmosci, tolerancji i otwartosci na inne kultury), zebyscie wyobrazili sobie polaczenie dzwiekow wydawanych przez:

A) wcieklego koguta walczacego z innym kogutem
B) dachowca uciekajacego przed przywiazana do ogona puszka (dla moich domownikow - wystarczy Hebe)
C) Cubasy z bajki o Cubasie - nie wiem, czy pamietacie, taka japonska bajka na Polonii 7 leciala, o mlodym pilkarzu - jezeli nie, nie szkodzi, moze byc jakakolwiek inna postac z japonskiej kreskowki, najlepiej taka, ktora czesto sie denerwowala i w stanie wzburzenia zaczynala bardzo szybko mowic

OK. Wyobrazcie sobie polaczenie tych trzech dzwiekow. Ale naprawde sobie to WYOBRAZCIE. Szalony kogut, spanikowany kocur i wsciekly Japonczyk.

N a r a z.

Teraz przyspieszcie uzyskany efekt - jeszcze... jeszcze... jeszcze! Docelowa predkosc to okolo 3 - 4, w porywach nawet do 5-6 slow na sekunde. Na sekunde, tak.

OK, juz prawie to mamy. Teraz na koncu kazdego zdania dodajcie slowo LAH, wymawiane LA - ale nie takie zwykle la (pamietajcie o wscieklym Japonczyku), tylko takie la, na dzwiek ktorego przed oczyma wyobrazni staje wam spadajaca gilotyna (la!).

OK. Ostatnie zadanie. Teraz w tym szalonym strumieniu dzwiekow umiesccie gdzieniegdzie (tak 1 na 10) slowa, ktore przy maksymalnym skupieniu i olbrzymim wysilku moga e w e n t u a l n i e uchodzic za jakies angielskie slowa.

Macie to?


No to to sa wlasnie te "drobne zawilosci", jakie przedstawia soba Singlish. :) Nie kazdy Singapurczyk uzywa tej ekstremalnej odmiany.Niektorzy mowia normalnie. Przy czym to nie jest albo-albo, bardziej cale spektrum mozliwosci z przypadkiem opisanym powyzej z jednej strony (100% singlish) i normalnym, doskonalym angielskim z drugiej. Ja osobiscie przestaje rozumiec cokolwiek przy zawartosci singlisha przekraczajacej 70%.

I oni to bezczelnie nazywaja angielskim, phi! Rozne angielskie w zyciu slyszalem!

Najlepsze w tym wszystkim jest to, ze jeden drugiego jakims cudem jest w stanie zrozumiec :))


Przy czym, oczywiscie, to sa moje obserwacje i one maja sie nijak do tego, jak lokalni podchodza do sprawy. Oni sa chyba naprawde swiecie przekonani (a przynajmniej sprawiaja takie wrazenie), ze to jest normalny angielski i ze ludzie go rozumieja. Powiem Wam cos w sekrecie...

Nie. Nie rozumieja go.

My, biali ludzie, nie rozumiemy tego jezyka.

Pol biedy, jak wscieklym singlishem odpowie Ci sprzedawca na straganie albo taksowkarz (chociaz z tym potrafi juz byc gorzej, nieraz juz zostalismy zawiezieni nie w to miejsce, co trzeba), gorzej, kiedy tak mowi profesor prowadzacy zajecia, ktory oczekuje od Ciebie aktywnego brania udzialu i bycia przygotowanym na kazde jego pytanie. Ja naprawde chetnie bralbym udzial, ale, kurna, nie mam pojecia, jak mam brac udzial, skoro nie mam najmniejszego pojecia, o czym on do mnie rozmawia!! Gdyby nie obowiazkowe prezentacje wyswietlane na wielkich ekranach, nie mialbym nawet pojecia, na jaki temat mowi - mogloby to byc wszystko, od rozmowy o pogodzie do wyzwania mnie na smiertelny pojedynek - i tak jedyna reakcja, ktora udaloby mu sie ode mnie uzyskac, bylaby metoda "Na Jurka", sprawdzona w polskich warunkach bojowych (gdzie tez dowiodla swojej skutecznosci), czyli uprzejmy, lekki usmiech, spojrzenie prosto w oczy i delikatne skiniecie glowa. Dziala, nie pytaja. Cale szczescie.

Postanowilem jednak nie liczyc na to przez caly semestr (no bo, tak na logike, jakbym przez 5 miesiecy siedzial tak tylko z tym swoim lekkim, uprzejmym usmiechem i kiwal glowa, to w koncu kazdy z nich, jakkolwiek prostudencki by nie byl, musialby pomyslec, ze to jest jakis niekontrolowany tik, ewentualnie jakies lekkie zaburzenia na tle nerwowym i cos ze mna jest nie tak:D) i zastosowalem inna metoda, bardziej, zdaje mi sie, racjonalna, i po prostu zmienilem sobie kursy na takie prowadzone przez bialych albo ewentualnie lokalnych, ktorzy mowia normalnie. Takze moj ostateczny wybor, jezeli chodzi o przedmioty, to:

1. Sports Marketing - moj najlepszy przedmiot - Amerykanin
2. Business, Government and Society - gosc po Wharton Business School
3. Small Business Consulting Experiences - lokalny, ale normalny
i 4. Retailing and Distribution Management - tu niestety mam lokalnego singlisha, ale ze skonczyly mi sie e-Dolary i nie moge juz zabidowac na zaden inny, takze z tym sie jakos juz pomecze.


A Karol cwaniak ma jeszce 200 e$ i chadza sobie od jednych zajec do drugich, tu spedzi pol godzinki, tam pol godzinki i sobie wybiera. Zazdroszcze mu, bo z checia zrezygnowalbym z mojego nr 4, no ale ja musialem duzo dac na nr 1 i nie zostalo mi nic, takze mam to, co mam i teraz staram sie koncentrowac na dobrych stronach i maksymalnie duzo z tego wyciagnac. :)

A jezeli chodzi o nauke, to trzeba Wam wiedziec, ze singapurscy studenci to wariaci. Oni sa uwazani za najlepszych studentow na swiecie. I, kurde, cos w tym jest. W kazdym przedmiocie sa grupy, ktore realizuja projekty, ktore sa podstawa zaliczenia. I w kazdym jednym przypadku (kazdy z nas ma 4 przedmioty, ergo 4 rozne grupy i wszedzie jest to samo) oni zaraz po stworzeniu grupy zaczynaja pracowac jak kopiec mrowek. Np Greg dolaczyl do grupy we wtorek o 17 i o 19 dostal od kazdego czlonka 2str emaila odnosnie metody przeprowadzania badan itp, a pierwsze spotkanie grupa ma w srode o 8 rano i od razu formuluja hipotezy, antytezy, metodologie, dziela sie zadaniami etc. A projekty, ktore, tak Bogiem a prawda, da sie zrobic w dwa tygodnie (WSPiZ hehe), musza byc oddane w kwietniu. W KWIETNIU! A oni zapieprzaja jak - jak to ktos w jakiejs hiphopowym utworze powiedzial - kroliki na koksie w styczniu!!

Poza tym oni sa w ogole niesamowici, np. jak profesor ma wyklad, to oni W CZASIE RZECZYWISTYM robia z tego prezentacje w PowerPoincie!! Powaznie, widzialem na wlasne oczy - i potem jak prof sie pyta co o tym sadzicie, jakie sa przemyslenia waszej grupy, to oni mu po prostu pokazuja gotowa prezentacje!!! No masakra po prostu! Nasi polscy studenci sa mniej wiecej 10 razy mniej efektywni niz ci tutaj. Powaga. Na szczescie oni rozumieja, ze my, eksczejdze, nie jestesmy na tyle lekkomyslni, zeby z nimi rywalizowac i zadowalamy sie rola konsultanta, ktory wnosi do grupy spojrzenie z innej kultury (np wiecie co, w Polsce to my bysmy sie za ten projekt zabrali na 2 tygodnie przed ostatecznym terminem, a dzisiaj poszli na piwo - zartuje mamusiu :D), poza tym jasne jest dla nich, ze chcemy tez podrozowaz, takze zwyczajowo jestesmy obciazani odpowiednio mniejszym ciezarem odpowiedzialnosci. Idealna sytuacja jest wtedy, kiedy uda sie znalezc tzw. angels, czyli grupe porzadnych, dobrze wychowanych Singapurczykow, ktorzy nie potrafia odmawiac i totalnie akceptuja Twoje czeste nieobecnosci i watpliwy wklad merytoryczny.

Ja np. wlasnie skonczylem online conference z moja grupa z BGS (moj nr 2), podczas ktorej zastanawialismy sie (dobra, dobra, nie pochlebiaj sobie - ty bardziej patrzyles, co oni pisza) m.in. nad tym, czy Socjalny, moralny, prawny i edukacyjny wymiar singapurskiej srodowiska kulturalnego ogranicza efektywne wykorzystanie praw konsumenckich jest wlasciwa hipoteza wstepna i skad wziac materialy potrzebne do przeprowadzenia badan etc, i ja podczas tej rozmowy (1,5h) siedzialem sobie przy basenie i raz na jakis czas nawet sobie do niego wskakiwalem, bo tempo myslenia lokalnych wymagalo ode mnie sesji ochladzajacych (inaczej bym sie przegrzal), bo tu wszedzie wireless i moglem sobie przy tym basenie siedziec. Takze mozna spokojnie powiedziec, ze, mimo iz Singapur lezy na rowniku i wszedzie masz palmy i baseny, nie ma ucieczki przed praca - technologia dopadnie Cie wszedzie.

No, to tyle - w dzisiejszym odcinku nie bedzie zdjec, bo nie za bardzo wiem, jak mialbym zilustrowac to, o czym pisalem :)

Wrzuce jakies wkrotce :)


good bye lah!

Sunday, January 15, 2006

2 dni w Malezji, czyli pierwszy wypad z Singapuru

Wlasnie wrocilismy z dwudniowego wypadu do Malezji zorganizowanego przez szkole. Jestem ogolnie zmeczony, bo przez ostatnie pare dni (od wtorku - dzisiaj jest niedziela - piec wieczorow pod rzad) codziennie gdzies wychodzilismy i moje sily zyciowe sa na wyczerpaniu; na szczescie poniedzialek i wtorek do 15 sa wolne, takze powinnienem dojsc do siebie, niemniej jednak z gory przepraszam, jezeli moja obecna kondycja odbije sie negatywnie na jakosci tego tekstu. Ale sprobuje opowiedziec Wam wszystko teraz, kiedy wrazenia sa jeszcze swieze, zeby nie pominac niczego.

No wiec pojechalismy do wioski rybackiej do Malezji. Jak spojrzycie na mape, to zrozumiecie, ze wypad do Malezji to nie jest jakas wielka wyprawa - do granicy jedzie sie 20 minut :). Potem wglab Malezji jechalismy jeszcze jakies 2h. Droge przespalem (wyjazd byl o 8.45am, a my z imprezy wrocilismy kolo 4), takze nic ciekawego nie widzialem - moze oprocz przepieknych, zapierajacych dech w piersiach lasow palmowych - widzialem pare razy w zyciu palmy, ale nigdy nie widzialem lasow palmowych - cos przepieknego. Niestety widzialem je tylko przez szybe, a kiedy dotarlismy na miejsce, po palmach nie bylo juz sladu, takze nie mam zdjec - ale jestem pewien, ze jeszcze nieraz bedzie okazja, zeby Wam to pokazac. Zanim jednak moglem zasnac, musielismy przekroczyc granice, a z tym nie bylo tak latwo. Singapur ma bardzo szczelne granice (pod koniec tego wpisu bedzie Wam troche latwiej zrozumiec, dlaczego), i zeby je przekroczyc trzeba miec przy sobie pare dokumentow, potwierdzajacych Twoj pobyt, etc, etc. W sumie to chyba nie jest nic nadzwyczajnego, wiekszosc panstw pewnie wymaga czegos podobnego, ale w Singapurze po prostu czuje sie wzmozona kontrole - np kazda osoba jest przeswietlana z odleglosc paru metrow takim smiesznym urzadzeniem (again - nie mozna robic zdjec, takze opis bedzie musial wystarczyc), ktore sprawdza temperature ciala - ochrona przed np. ptasia grypa - jestes chory-> zatrzymuja Cie i badaja. Przy czym cale to badanie nie zabiera Ci ani sekundy, po prostu celuja w Ciebie takim niby-pistoletem i na ekranie maja wszystkie potrzebne informacje, a Ty po prostu idziesz dalej (albo i nie :D). Ale niewazne. No wiec, zeby wyjechac z Singapuru, potrzebny jest paszport, Student's Pass i Student's Visa. No wiec na 40 uczestnikow wyjazdu wszyscy przeszli przez ta procedure bez problemu. Wszyscy oprocz trzech osob: Karola, Andrei i Gregorego :D. Takze jak organizatorka zapytala sie, kto zna te trzy osoby, ktore zostaly zatrzymane, caly autobus pokazal palcem na mnie :). Ale wszyscy sie juz znamy i nastroje byly dobre, takze ogolnie nikt nie mial nikomu niczego za zle i po polgodzinnej przerwie pojechalismy dalej.

Singapur i Malezje laczy dlugi most i kiedy sie go przejezdza, wrazenie jest dosc niesamowite, bo z jednej strony widzisz wielkie miasto, drapacze chmur majacza gdzies na horyzoncie
, wszystko nowe, ladne i blyszczace, a z drugiej strony jak okiem siegnac rozciaga sie las. Las i nic wiecej. No wiec zaraz po tym, jak zobaczylem ten las, zasnalem i obudzilem sie dopiero na miejscu, takze tyle wrazen z podrozy.

Kiedy dotarlismy na miejsce, nie mielismy zielonego pojecia, czego sie spodziewac. Wycieczka miala byc ogolnie do rybackiej wsi i tyle tylko wiedzielismy. Hmm, co tu duzo mowic - ten krotki opis okazal sie w zupelnosci wystarczajacy - po prostu rybacka wies. Na tyle jednak inna od tego, co przychodzi Ci na mysl, kiedy myslisz "rybacka wies", ze warto przyjrzec sie fotkom i przeczytac opis do konca. Zbudowana w wiekszosci na wodzie, na palach. Zdjecia prawdopodobnie oddadza to lepiej niz slowa:


takie domki, jeden przy drugim



i nic poza tym.














200 m dalej













i jeszcze jeden








pierwsza rzecz, ktora rzuca sie w oczy, szczegolnie po pobycie w Singapurze, to wszechobecny brud. Jezeli jeszcze tego nie zauwazyliscie, spojrzcie, co zyje w blocie pomiedzy tymi domkami:







takie cos













takie cos















i takie cos :-)








Oprocz tych zyjatek, ktorych sa tam setki, jezeli nie tysiace, jest tam pelno roznego rodzaju smieci. Kiedy przychodzi przyplyw, bloto znika pod woda - poziom oceanu podnosi sie o jakies 2-3 metry w przeciagu paru godzin - pierwszy raz widzialem taki prawdziwy przyplyw i zrobilo to na mnie wielkie wrazenie, jak rzucilem okiem na bloto, a tu nie ma blota, tylko ocean. Woda ma kolor blotnisty, jest totalnie nieprzezroczysta - wlasciwie to bardziej plynne bloto niz woda - i strasznie smierdzi. Nie przeszkadza to jednak lokalnym zazywac orzezwiajacych kapieli.































Ja osobiscie nie moglem uwierzyc wlasnym oczom, no ale w Malezji trzeba byc open-minded - jest znacznie bardziej egzotyczna niz Singapur - wlasciwie, to nie mozna w ogole ich porownywac, totalnie dwa rozne swiaty, tym bardziej niesamowite, ze dzieli je taka mala odleglosc. Inne egzotyczne obrazki:


Tu mily pan przygotowuje nam lokalny przysmak, banana maczanego w jakims slodkim nektarze jakiegos kwiatu (angielski lokalnych nie jest za dobry) i smazone w jakims innym slodkim czyms















wyglada mniej wiecej tak - pycha!


















malezyjscy robotnicy w drodze do pracy









wygladaja groznie, ale te miny to tylko stan przejsciowy miedzy znudzeniem a usmiechem i machaniem do obiektywu













szeroki wybor DVD w cenie 4zl sztuka*



*ale ciezko je potem wwiezc do Singapuru












zdjecie Osamy bin Ladena w towarzystwie innych terrorystow na ladzie sklepu z papierosami :)











ksiazkowy wrecz przyklad dywersyfikacji produkcji - pod jednym dachem sklep, restauracja i domowa wytwornia butow :)

















buty :)














Marlboro tansze od LM, czyli potega podatkow










Przygoda kulinarna Jurka - raz sie zyje - przedstawiona w 3 krokach:







1
















2


















3















these guys can drink - Patty z Irlandii i Mario z Canady


















Patrick Flannagan - z jakiego moze byc kraju? :D


HINT: flaga











cya! :)