Essential Family Trip by Karol
Od pierwszej chwili kiedy dowiedziałem się o swoim wyjeździe pomyślałem, że może być to również dobry powód dla mojej rodzinki aby wybrali się w te strony świata. Jako, że wszyscy lubimy podróżować i już dawno nie mięliśmy okazji wybrać sie gdzieś wspólnie, rodzice zaakceptowali ten pomysł w mgnieniu oka. Pewnie bardziej z ciekawości niż z tęsknoty za mną;) ale nic. Po długich przemyśleniach co do terminu ich przyjazdu w końcu postawiłem na 15 marca. Jak się później okazało termin wybrałem niezbyt fortunnie albowiem aby zrealizować plan podróży musiałem opuścić szkołe na tydzień,a był to właśnie kluczowy tydzień w całym semestrze, kiedy wszystkie finalne prezentacje są przygotowywane i ogrom obowiązków przyprawia lokalnych studentów o ból włosów, ale moje wspaniałe grupy zrozumiały mój problem i jakby to powiedzieć, wniosły bardzo duży wkład w wyznaczone mi obowiązki, za co serdecznie im dziękuje.
Mój przyjaciel Łukasz postanowił dołączyć do drużyny w składzie moich rodziców, brata Patryka i mnie. Razem mieliśmy ruszyć na podbój Azji podczas ich pobytu. Niestety nie mogli zostać zbyt długo a miejsc wartych wizyty jest wiele więc miałem nie lada problem w konfiguracji optymalnego planu podróży. Ostatecznie podczas 10 dniowego pobytu odwiedziliśmy 3 kraje: Singapur, Malezję i Tajlandię. Planowanie zajęło mi dobrych kilka dni a samo bookowanie wszystkich lotów i hoteli prawie 12 h, ale ostatecznie na tydzień przed ich przyjazdem wszystko było dopięte na ostatni guzik. Zacznijmy jednak od początku.
Goście mieli przylecieć o 7:05, w czwartek 16 marca. Jak już wszyscy wiecie, środy nie należą do nudnych dni w Singapurze a jednym z obowiązków studenta na wymianie jest stawienie się na środową imprezę. Jako dobry student nie mogłem lekceważyć tak poważnych obowiązków więc postanowiłem spróbować powtórki przygody z Boracay czyli pozbawić się snu środowej nocy i dotrzeć rano prosto na lotnisko w celu odebrania moich znamienitych gości.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem: beforek w gronie studentów z wymiany, imprezka i afterek w living roomie, klasycznie. Ten wieczór nie należał do najlepszych w LR więc koło godziny 5 opuściliśmy plac zabaw w celu udania sie na śniadanie u wujka Ronalda jednak "coś" stanęło nam na przeszkodzie. Nagle luźno rzucone w powietrze zdanie "Let's go to the pool on the 5th floor" wzbudziło zamęt wśród zgromadzonych. Właściwie dlaczego nie, padło po chwili zastanowienia i tak cichaczem żeby ochrona nie staneła nam na przeszkodzie udaliśmy się do windy hotelowej Marriota i wcisnęliśmy przycisk 5. Naszym oczom ukazał się piękny basen na dachu jednego z budynków należacych do hotelu, gwieździste niebo, przebłyski światła z Orchard Rd, brak ochrony i świeże ręczniki. Nie czekając długo Andrea postanowił sprawdzić na skórze Grega czy woda w basenie nie jest za zimna i wepchnął go bez chwili namysłu. Tym właśnie sposobem, poza cierpliwością Grega i jego poczuciem humoru, przetestowaliśmy również jego telefon komórkowy marki Panasonic, który nie wytrzymał tej próby i dołączył do gromadki nie działających przedmiotów na On Tree Hill. Dlatego właśnie używam Nokii :) Osobiście sprawdziłem wodę w basenie chwile poźniej i muszę stwierdzić, że temperaturę miała optymalną jak na 5:30 rano...
Nie chcieliśmy jednak spotkać ochrony hotelowej ubrani w mokre bokserki więc po krótkiej kąpieli udaliśmy się jednak na śniadanko do pobliskiego, zaprzyjaźnionego wuja R i podziwialiśmy miasto budzące się do życia o 6 rano (nie próżnują tutaj). Około 6:30 zorientowaliśmy się, że to już na mnie pora więc czym prędzej udałem sie w kierunku metra z zamiarem dotarcia na lotnisko. Po pierwszej przesiadce do kolejnej jest jakieś 8 stacji więc czemu by nie uciąć sobie małej drzemki, która niestety przedłużyła się i obudziłem się praktycznie na tej samej stacji ale metro zdażyło już zawrócić. Spojrzałem na zegarek : 7:40 a samolot miał wylądowć o 7:05. Czym prędzej zadzowniłem do moich gości i poinstruowałem dokąd mają wziąć taksówkę, sam tymczasem, udałem się spacerkiem do domu. Spotkaliśmy sie chwilke po 8 na One Tree Hill. Jak na tak długi lot wyglądali promieniście i czym prędzej męska część wycieczki udała się do basenu a moja kochana mama uraczyła Jurka i mnie polskimi specjałami, które na specjalne życzenie przywiozła dla nas z Polski. Powinniście zobaczyć nasze miny kiedy w naszej kuchni wylądowało 20 kg produktów polskiego przemysłu spożywczego a wśród nich takie rarytasy jak: kabanosy, pierogi ruskie, babka ziemniaczana, szynka, prawdziwy chleb, ptasie mleczko i wiele wiele innych. W chwili kiedy piszę te słowa lodówka nadal zapełniona jest do połowy, mniam.
Dlatego bardzo dziękuję przede wszystkim mamie ale również cioci Ani i Eli za rozkosze naszego podniebienia:)
Tego dnia pokazałem moim kochanym naszą wspaniałą szkołę i Singapur nocą. Mieli okazje zobaczyć niesamowitą panoramę z okien 71 piętra New Asia Bar ale Patrykowi, Łukaszowi i mnie za mało było wyskości więc odwiedziliśmy GmaX w poszukiwaniu dodatkowych emocji. Dla nie zorienotowanych, potocznie nazywa się to odwróconym Bungee. W praktyce jest to stalowa konstrukcja w kształcie kuli z 3 siedzeniami zawieszona na 2 elastycznych linach, których przeciwległe końce umieszczone są na końcu 30 metrowych wież. Linki się naciagają i nie wiadomo nawet, w którym momencie śmiałkowie w srodku są wystrzeliwani w góre jak z procy na wysokość 55 metrów z przyśpieczeniem 0-100km/h w 1 s. Całkiem miłe doświadczenie. Jak to Łukasz skomentował gdy wisieliśmy w powietrzu: "jak wrócimy do domu wypiję butelkę w..." Polecamy:)
Następne 2 dni poświeciliśmy na zwiedzanie Singapuru i zakupy. Wszystkie zwiedzane miejsca były wcześniej opisane, więc nie będę marnował waszego cennego czasu. Powiem tylko, że Singapur zrobił na moich gościach bardzo pozytywne wrażenie.
Kolejnym punktem programu wycieczki było Grand Prix Formuly 1 na torze Sepang w Malezji. Wyruszyliśmy w sobote o 3 w nocy z Singapuru wesołym autobusem, który zabrał nas prosto na tor. Po drodze moi goście mieli okazję przekonać się jak wygląda odprawa celna w wykonaniu singapurskich i malezyjskich celników, lol. Oprócz tych niesamowitych atrakcji mięliśmy również okazję skosztować lokalnych specjałów w przydrożnym foodcourcie, yumy, 6 rano, pora śniadania i wybór między wieloma lekkostrawnymi specjałami typowo śniadaniowymi: smażony ryż z owocami morza, kurczak curry a czymś co nawet nie wiem czym było:) Choć próbowałem namówić rodzinę do degustacji, jedynie Łukasz był na tyle odważny (lub najbardziej głodny) aby przyłączyć się do mojego śniadania. Pozostali patrzyli na nasze talerze z przerażeniem;), no cóż, tosty z dżemem to to nie były;) Wkońcu szczęśliwie dotarliśmy na tor o 9 rano, zaopatrzeni w litry wody, zostaliśmy jej pozbawieni na wejściu, tak aby nakręcać lokalną koniunkturę, posilając się na torze, gdzie notabene wszystko było 5 razy droższe niż w przeciętnym sklepie w Malezji a małą puszka piwa kosztowała 20zł:) Zajęliśmy wygodne miejsca na łączce i oglądaliśmy przygotowania do wyścigów. Niby słonko schowane było za chmurami, więc wszyscy się porozbierali aby korzystać z okazji i łapać opaleniznę, bo przecież takie słońce nic nam nie zrobi, jednak okazało się, że daliśmy się nabrać bo równikowe słoneczko spiekło wszystkich tak, że pod koniec dnia wyglądaliśmy jak gotowane lobstery:) nie mówiąc ile balsamu wszyscy wtarli w rozpromienioną skóre. No ale wracając do atrakcji dnia. Pierwszym punktem programu były wyścigi Formuły BMW. Wyjechało kilka śmiesznie wyglądających i bzyczących formułek, pościgali się chwilkę i po 30 minutach było po zawodach. Szczerze mówiąc bez większych rewelacji. Chwilę potem na torze pojawiło się kilka pięknych SLK 55 AMG, które bawiły sie i robiły show dla widzów w ramach reklamy Mercedesa, który jest jednym ze sponsorów zawodów. Śliczne małe autka całkiem sprawnie poruszały się po torze i robiły dużo lepsze wrażenie niż poprzednicy. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwościa na rozpoczęcie GP o 3 p.m. albowiem wysoka wilogtność i temperatura każdemu dawała się we znaki a czas jakby stał w miejscu. Kolejnymi autami na torze były Porsche Carrera, które tego dnia rozgrywały drugi wyścig w ramach Carrera Cup. Tym razem już było co pooglądać, piękny dźwięk silników i spora prędkość obudziły nas z marazmu. Po zakończeniu Carrera Cup odbyła się prezentacja kierowców F1, wszyscy wyjechali na tor pięknymi klasycznymi roadsterami. Ale dopiero kiedy widzowie zoabczyli Michaela Schumahera moglismy zobaczyć jak wielka rzesza zwolenników Ferrari przybyła na tor. Flagi z szachownica na czerwonym tle były wszechobecne. Po zakończeniu parady kierowców, już tylko pół godziny przygotowań dzieliły nas od rozpoczęcia GP. Jedno okrążenie na rozgrzanie silników i sprawdzenie bolidów, jedno na rozgrzanie opon i ruszyliii. Ale zanim zobaczyliśmy pierwszy samochód, usłyszeliśmy przeraźliwy ryk wszystkich bolidów, symfonia dla uszu każdego fana sportów motorowych, orgazm dla zmysłów. Na pierwszym zakręcie pojawił się oczywiście bolid Renault jako pierwszy a zaraz za nim cała reszta, potem długa prosta i dopiero po niej zrozumieliśmy czym jest F1 i dlaczego ma tak wielu fanów na całym świecie. To co można obejrzeć w Tv w niczym nie przypomina wrażeń jakie doświadcza się będąc na torze, zaledwie kilkadziesiąt metrów od trasy i samochodów, które prawie latają po asfalcie, prowadzonych przez kierowców, którzy albo muszą brać silne narkotyki albo nie mieć strachu albowiem prędkości jakie osiągają są niesamowite. Wow, nic dodać nic ująć i choć dzień był męczący wszyscy cieszyliśmy się jak małe dzieci, co więcej, nawet mojej mamie podobał się wyścig a nawet nie prowadzi samochodu :) Koło 17 było po wszystkim i udaliśmy się prosto do autokaru, po czym wszyscy usnęli w mgnieniu oka. Do Singapuru dotarliśmy około północy, zdarzyliśmy się przepakować i co niektórzy pospać 2 godzinki bowiem o 7 rano odlatywał nasz samolot do Phuket. Wyobraźcie sobie minę mojego brata, który kocha sen, kiedy obudziłem go bezlitośnie o 4:45 ale nie mówiłem nikomu, że ciągle będzie miło i przyjemnie. No więc jest poniedziałek, 8 rano i rozpoczynamy nowy rozdział a zarazem moi goście stawiają stopy na terytorium trzeciego kraju w ciągu 5 dni pobytu, halo witamy w Phuket.
Wszyscy szczęśliwi wysiedliśmy z samolotu w nadziei, że za godzinę będziemy już odpoczywać nad miłym hotelowym basenem i odrabiać zaległości w śnie udaliśmy się wprost do odprawy celnej. I proszę Państwa, w tył zwrot, musimy Wam jeszcze trochę pokazać naszej lokalnej biurkoracji i pozbawić odrobiny gotówki, tak, tak, nie wiemy, że jesteście w UE, nie obchodzi nas to, kupcie wizę. Moja irytacja sięgneła zenitu i nie mogłem w to uwierzyć, zadzwoniłem do Jurka zapytać czy spotkało go to samo i potwierdził historię, szkoda, że nie opowiedział mi jej wcześniej;) Ale do wizy potrzebne jest zdjęcie, nie mamy, no problem, xero z paszportów, no problem. Więc po pół godziny Pan przynosi wizy, po czym ja wyjmuję lokalną walutę aby za nie zapłacić a przemiły Pan w okienku zdażył już wymyślić kolejną opłatę, najdroższe xero w moim życiu, 10 zl za stronę czarno-białą naszych zdjęć. Trzeba przyznać, że po angielsku nie mówią ale dość kreatywni są tajscy celnicy, nie :)? Jednak moja kochana mama była już tak zmęczona i zirytowana sytuacją, że spojrzała na Pana z taką miną, że już nic nie mówił o extra charge tylko powiedział, go, go więc poszliśmy. To byli na szczęscie jedyni nieprzyjaźni tubylcy jakich spotkaliśmy na Phuket. Przed lotniskiem czekał już na nas kierowca z hotelu, przed hotelem przemiłe Panie z chłodnymi ręcznikami i koktajlami, które zawiozły nas do miłego domku, dp którego upgradeowano nas za free, check in w pokoju 4 godziny przed oficalnym, świeże owoce, piękny domek w ogrodzie. Prawda, że miło w porównaniu do granicy?! Od razu wszyscy poczuli się lepiej i sprawdzili komfort materacy ucinając sobie króką drzemkę. Ogólnie poniedziałek był dniem na regenerację ale nie za długą bo jak już wspomniałem, grafik był mocno napięty i już we wtorek rano ruszyliśmy na Phi Phi Islands.
Phi phi już znacie z poprzednich relacji Jurka więc ujmując krótko, piękne zatoki, turkusowa woda, białe plaże...Gdbybym był pisarzem romansów, takie właśnie miejsce odwiedziłbym w poszukiwaniu weny.
Kolejnym punktem wycieczki był Bangkok, do którego wylecieliśmy w środę wieczorem. Po drodze z lotniska do hotelu uciąłem sobie kulturoznawczą pogawędkę z kierowcą taksówki. Oprócz oczywistych faktów o wielkości miasta i miejcach, które musimy odwiedzić dowiedzieliśmy się bardzo istotnej rzeczy. Otóż król Tajlandii ma moce pozaziemskie, może przywoływać i odwoływać deszcz na żądanie. Teraz już nie wiem, kto jest lepszy - Chuck Norris czy Król Tajlandii, ale wygląda na to, że są sobie co najmniej równi. Co więcej, mędrcy z całego świata odwiedzają go aby pobierać te meteorologiczne nauki. Poza tym jest dobrym królem, wszyscy go kochają, on kocha wszystkie religie ale jest stary i pewnie niedługo umrze a jego syn nie cieszy się wielkim zaufaniem ludu. Okkkkkkeeejjjj;)
Jeszcze tej samej nocy postanowiliśmy wypróbować z chłopcami lokalne tuk tuki i jednym z nich udaliśmy się w poszukiwaniu otwartego fast foodu, lekko zmęczeni tajską kuchnią. Jak tylko kierowca opuścił hotelowy podjazd zatrzymał się i nawija do nas łamaną angielszczyzną: where do u guys wanaa go? Nice girls, good girls, fucking show, ping pong show, good, good. Nie dziękujemy, do Macdonalda prosimy. Why not, good show, thai girls, pussy, pussy i... tuk tuk zgasł a kierowca nie mógł ponownie uruchomić silnika:) Zawołal więc jakiegoś mniejszeg, małoleteniego ziomka, wsadził go za kierownicę a sam zaczął pchać po czym tuk tuk powrócił do życia i w obawie o ponowne problemy pozostał przy życiu z nowym kierowcą, wariatem notabene:) więc podróż ulicami bangkoku tuk tukiem nocą zaliczam na poczet sportów extremalnych, które dotychczas uprawiałem, lepsze niż bungee, no prawie ;) Ten nowy też lubił słowo pussy, pussy i pokazał nam piękną ulotkę, podobną do tych jakie znajdujecie za wycieraczkami samochodów w Warszawie, tylko panie były bardziej egzotyczne...:) Niestety wszystkie junk foody okazały się być zamknięte po 22 ale przynajmiej po drodze widzięliśmy niesamowite taksówki na ulicach w postaci słoni. Tak tak, słonie na ulicach z odblaskami rowerowymi na ogonie, wiem, że w to trudno uwierzyć a nie miałem aparatu żeby zdobyć dowód, ale z drugiej strony słuchajcie, jeśli król może kontrolować pogodę to czemu słonie miałyby nie dorabiać sobie jako taksówki na ulicach;) Tajlandia baby...
Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzać miasto...Standardowa wyprawa łódką po rzece i kanałach, Arun Wat (piękna) i po 3 godzinach postawilismy stopę na lądzie przed Royal Palace, jak już wiecie z relacji Jurka, największa i najpiękniejsza atrakcja turystyczna Bangkoku. No więc spragnieni kultury ruszyliśmy i zdążyliśmy przejść może 50 metrów gdy ktoś chwyta mnie za rekę i słyszę, my friend (Andrea?), hey, where are u from (nie,to nie był Andrea). Krótka konwersacja, oczywiście powiedziałem mu, że idziemy oglądać Royal Palace i to był mój błąd...Royal Palace closed, buddha day, people pray inside, cannot go, 3:30 p.m. they open. Ale my friend już miał rozwiązanie naszego problemu, szybka oferta, 2 tuk tuki na 3 godziny zanim otworzą Royal Palace, zobaczymy 2 inne miejsca Buddhy i takie drobne zakupy i to wszystko za jedyne 60 THB czyli mniej wiecej 5zł. No więc pojechaliśmy, zobaczyliśmy Buddhe, spotkaliśmy Pana, który był w Polsce na nartach kilka lat temu ;) i bardzo mu się podobało bo nie tak drogo jak w Szwajcarii, w której był rok temu, wrzuciliśmy monety do puszek ofiarnych aby Buddha miał nas w opiece ;) i mieliśmy pojechać zobaczyć kolejną świątynię ale po drodze tylko jeden mały sklep z biżuterią. OK i tak nie mieliśmy co robić więc niech im będzie. Sklep niby exclusive ale produkty tandeta straszna i po strasznie "okazyjnych cenach" więc ruszyliśmy dalej ale zanim to nastąpiło, zgadnijcie co, ochrona z owego sklepu powiedziała naszemu kierowcy, że świątynia, do której mieliśmy się udać jest zamknięta bo jest dzień Buddhy i trwają modlitwy. Kurcze, jaka szkoda, więc może następny sklep. No i takich sklepów zaliczyliśmy jeszcze 3 lub 4, wkońcu znudzeni powiedzieliśmy kierowcy, który wyraźnie zaczął się denerwować, że nic nie kupiliśmy, aby zawiózł nas na jedzenie no i ten kolo 2:30 zawiózł nas z powrotem pod Royal Palace i z oburzeniem mówi 500 THB bo nic nie kupiliśmy. Już nawet nie wiem, który z nas powiedział mu grzecznie żeby s... i dałem mu 100 THB, jak się później okazało o 100 za dużo bo Royal Palace był cały dzień otwarty i padliśmy ofiarą naciągaczy, nie my zresztą jedyni. Na szczęście, jak to powiedział oficjalny strażnik przed pałacem, mięliśmy szczęście, że przywiózł nas tak wcześnie bowiem ostatnie bilety można kupić o 3:30 i mogliśmy wogóle nie dostać się tego dnia do środka. Royal palace jest piękny, powstal ponad 200 lat temu kiedy król jakiś tam swierdził, że nowa stolica Bangkok (przed Bangokiem Tajlandia miała 2 inne stolice) nie ma reprezentacyjnego kompleksu pałacowo-modlitewnego no więc nakazał wybudowanie owego. Nie pamietam dokładnych cyfr ale złota nie żałowano;) Wrażenie robi niesamowite, zresztą sami widzieliście na zdjęciach, które opublikował Jurek. Tego dnia jeszcze krótkie zakupy na Khao San Road i zmęczeni wróciliśmy do hotelu po czym wieczorkiem młodzież udała sie standardowo do Bedsupper Club oraz Q Bar, bardzo miłych miejsc na mapie rozrywkowej Bangkoku. Ogólnie super miejsce, ale niestety nie Tajskiej;), właściciele sa o dziwo z Singapuru...Oprócz tego o czym wspomniał o BSC Jurek dodam tylko, że mają najdziwniejszą kartę kokatjli jaką w życiu widziałem. Od tamtej nocy już nikt nie powi mi, że pewnych trunków mieszać nie należy;)
Cały piątek spędzilismy w miejscy zwanym Pratunam, ogromnym targowisku, hurtowo-detalicznym, konfekcja i manufaktura, to wszystko możecie zobaczyć na pratunam a oprócz tego kupić oryginalne inaczej produkty wszystkich marek i trzeba przyznać, że talent do kopiowania nasi tajscy przyjaciele mają;) Chciałem napisać tajowie, ale nie wiedziałem czy to poprawne określenie mieszkańców tego kraju więc zdegustowani naszą niewiedzą zrobiliśmy z Jurkiem szybki research, którego efekty znajdziecie tutaj ;)
Zaopatrzeni w śmieszne koszulki po 10 zł sztuka i inne produkty maści wszelakiej i zmęczeni ulicznymi targami z wielką radością zakończylismy nasz dzień w hotelowym basenie...
Sobota, była ostatnim dniem wizyty moich zacnych gości w Azji. Pełen relax, spokojne śniadanko, ostatnie zakupy, lot do Singapuru, który był godzinę opóźniony i ostatecznie na One Tree Hill rd, tu gdzie wszystko się zaczyna i kończy dotarliśmy kolo 20 a samolot, który miał zabrać moich bohaterów back to Europe wyruszał o 23:50 więc szybkie pakowanie i moi kochani wyruszyli z powrotem na lotnisko aby spedzić kolejne 16 h w samolocie;( Mimo ograniczonego czasu znalazła się chwila na łzy, uściski i pożegnanie, ale nie ma co płakać zabaczę już Was wszystkich za dwa miesiące w Polsce. I tym optymistycznym akcentem kończę moją relację dziekując za cierpliwość i gratulując wytrwałości, że dobrnęliście aż tutaj..
Pragnę jeszcze raz podziękować szczególnie serdecznie moim kochanym rodzicom za wszystko. Tylko dzięki Wam mogę tu być i zawsze o tym pamiętam. Jak również mojemu bratu za to, że jest moim bratem i Łukaszowi, że zdecydował się mnie odwiedzić. Mam nadzieję, że podróż spełniła Wasze oczekiwania i na długo pozostanie w Waszej pamięci, a jeśli nie to zawsze możecie wpaść na Bloga;)
Tłum fanów F1 na torze Sepang,
Nie deszczu nie było, parasole miały chronić przed słońcem:)
Ah te wakacyjne biwaki pod namiotem;)
Bzykacze czyli Formula BMW.
Carrera Cup.
Kolejny zakręt.
Ten Pan chciał się wyróżnić z szarej masy i zawrócił:)
Parada kierowców i kierowcy Ferrari w klasycznych roadsterach.
Jeszcze tylko chwila i ...
Pierwsze okrążenie...
Szkoda, że zdjęcia nie oddaja atmosfery wyścigu...
Na tej prostej bolidy Renault dublowały prawie wszystkie inne samochody...
Phi Phi islands...
Niech zdjęcia mówią same za siebie...
Prawda, że musimy tam wrócić?!
Hmm, to jest chyba właśnie kolor turkusowy, tak;) ?
Mój brat Patryk i przyjaciel Łukasz...
Właśnie takimi łodkami najczęsciej dociera się na Phi Phi a podróż trwa godzinę, ciekawe jaki boski Leo dopłynął tam wpław, hmm:) ?
...z Łukaszem.
I jeszcze jedno, a na koniec najważniejsi...
Moja kochana mama z Łukaszem...
...oraz mój kochany tata, oraz ja, autor, dziękuję za uwagę i do następnego posta:)























4 Comments:
Karolu, powinienes napisac ksiazke ! :)
mamy nowy skrywany przez lata talent :)
By
Anonymous, at 5:46 AM
Dziekuje, ale slowa uznania naleza sie przede wszystkim Jurkowi, dzieki ktoremu macie tak ciekawa lekture. Mala prosba: bardzo lubimy czytac komentarze,zarowno te dobre jak i zle poniewaz utwierdzaja nas w przekonaniu, ze nie piszemy bloga tylko dla siebie, wiec zostawiajcie ich jak najwiecej i prosimy podpisujcie sie tak abysmy mogli wiedziec czyjego autorstwa sa. Dziekujemy:)
By
J&K, at 2:22 PM
No! :)
Pisać! :)
By
Anonymous, at 4:09 PM
no to w takim razie gratuluje Jurkowi, a Karolowi zdjec :P i piszcie wiecej :)
By
Anonymous, at 10:56 PM
Post a Comment
<< Home