Tioman
No, to od początku.
Zaraz po wylocie Asi i Bartka, dosłownie następnego dnia (czyli trochę to miesza chronologię bloga, ale liczę na Waszą wyrozumiałość), dowiedziałem się, że prawie wszyscy eksczejndże wybierają się do Tioman, małej wyspy w Malezji. Na weekend. Początkowo nie chciałem jechać, bo obiecałem sobie solennie, że po wizycie AiB zabieram się za naukę, bo mam niesamowite zaległości. Ale jak już odmówiłem udzialu w imprezie, to (zadowolony z siebie) usiadłem i przeanalizowałem sytuację i doszedłem do wniosku, logicznego moim zdaniem (chociaż coś każe mi podejrzewać, że w tej sytuacji większość wniosków usprawiedliwiających mnie uznałbym za logiczne, nieważne jak nielogiczne by były), że, skoro i tak wszyscy członkowie moich grup jadą do Tioman, a całą pracę wykonujemy wspólnie, to nie ma sensu zamęczać się i udowadniać sobie nie wiadomo czego, skoro i tak w praktyce spędzę weekend nic nie robiąc, bo nie ma z kim, i mogę sobie spokojnie do Tioman jechać.
Tym sposobem w sobotę rano znalazłem się na stacji autobusowej. Kiedy mówię rano, nie mam na myśli godziny, o której normalnie wstaję, czyli 8, 9am, ale polskiego czasu, mam na myśli 6.15 rano czasu lokalnego!! I to 6.15 w sobotę, także o lwiej części naszej grupy można było powiedzieć, że najbardziej wyczekiwaną przez nich częścią wycieczki są siedzenia w autokarze. Zważywszy na fakt, że może z 20% ludzi położyło się spać choćby na pięć minut, możecie sobie wyobrazić, jak kusząco prezentowała się perspektywa kilku godzin snu. Następną rzeczą, jaką pamiętam, był postój na śniadanie, już w Malezji, ale to tylko taki mały flashback, bo nawet nie zdecydowałem się podnieść powieki ani ruszyć palcem u nogi, bo, w ślad za znakomitą większością pasażerów naszego autobusu, spałem jak zabity. Szczerze mówiąc to wydaje mi się, że wyglądaliśmy bardziej jak transport poległych w jakiejś bitwie niż grupa turystów udających się do jednego z najpiękniejszych kurortów Malezji. No ale ludzki organizm nie jest, przynajmniej na razie, zbudowany z układów scalonych napędzanych słońcem i potrzebuje regeneracji, a że śniadanie w jakimś obskurnym, malezyjskim lokalu ("mój Boże, ta łazienka jest brudna!" "Oczywiście, że jest brudna, jesteśmy w Malezji" - zasłyszany fragment rozmowy pomiędzy dwoma exchange'ami) wydało nam się najmniej ciekawą częścią dnia, postanowiliśmy kolektywnie tę część przespać. Następną rzeczą, jaką zobaczyłem, była przystań promu, którym mieliśmy dopłynąć na Tioman. Prom płynął 2,5h i ten czas również poświęciliśmy na małą drzemkę. Dobrze, że plaża, na której wysiadaliśmy, była ostatnim przystankiem, bo nie pamiętam żadnej z 4 przystani, do których rzekomo przybiliśmy w międzyczasie. W każdym razie, koniec końców, dotarliśmy na Salong Beach, która to miała być miejscem naszego weekendowego pobytu.
Tym sposobem znaleźliśmy się w jednym z najpiękniejszych miejsc, w których byłem podczas tego pobytu w Azji. Wydaje mi się, że plaża na jednej z małych wysp, na którą popłynęliśmy następnego dnia.... ale po kolei.
Zainstalowaliśmy się w naszych uroczych domkach, gdzie musieliśmy pogodzić się z faktem, że w czwórkę będziemy spać w pokoju 3 osobowym. Tym razem nie byliśmy naszym stałym składem, bo Karol i Andrea byli w tym czasie ze swoimi rodzinami. Także przyszło mi spać z Gregiem, Miką (też Francuz) i Santim, którego już macie prawo kojarzyć z paru poprzednich eskapad. Na początku chcieliśmy losować, kto śpi gdzie, ale potem stwierdziliśmy, że i tak kwestia będzie negocjowalna do momentu, kiedy przedostatni z nas padnie na pysk na którymś z łóżek i wtedy ten ostatni będzie się musiał zdecydować, z kim spędzi noc :) W każdym razie zainstalowaliśmy się i poszliśmy zwiedzać okolicę. Okazało się, że Natura przy projektowaniu Tioman postawiła wyraźnie na jakość, nie na ilość, bo całą plażę można było przejść w 10 minut, od jednych skał do drugich. Tych plaż na całej wyspie było kilka, ale dostać się z jednej na drugą można było tylko wodą, bo lądem drogę zagradzały skały właśnie. Pierwszy dzień, a dni mieliśmy na wyspie 3, sobotę od 14, całą niedzielę i poniedziałek do 13 - nie, czekajcie, nie tak, mieliśmy piątek od 13, całą sobotę i niedzielę do 13, czyli wychodziłoby na to, że wyjechaliśmy w piątek rano. Czyli wychodziłoby na to, że czwartkową noc też całą przeimprezowaliśmy. No, to się zgadza :) W każdym razie cały piątek, jak to teraz po korekcie wyszło, spędziliśmy na grach i zabawach plażowych, czyli graliśmy w piłkę (nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby grać w piłkę na plaży o godzinie 14 w temperaturze ok. 40 C, ale skutek był taki, że po 10 minutach każdy padł na piasek tak, jak stał). W moim przypadku padnięcie na piasek okazało się dość brzemienne w skutki, bo jak się podniosłem, to usłyszałem obok siebie jakiś obcy głos mówiący "O, ten typ się ruszył. Czyli nie jest martwy, po prostu przespał całe popołudnie." Okazało się, że jest godzina 20, a wokół mnie nie ma już moich znajomych, na niebie nie ma już słońca etc. Czyli zdanie "cały piątek spędziliśmy na grach i zabawach plażowych" jest trochę na wyrost :D. Niezrażony tym faktem, szybko doszedłem do siebie (szybko w tym konktekście jest pojęciem absolutnie względnym) i zacząłem analizować sytuację. Gdzie mogła pójść grupa 40 spragnionych rozrywki osób? Jak zapewne się domyślacie, na plaży, której przejście zajmuje 10 minut, wybór miejsc, do których mogli się udać, był dość mocno ograniczony. Miałem do wyboru dwa kierunki - zachód (bo jeszcze jakieś tam kawałeczki szarości było widać, także stąd wiem, nie sprawdzałem mchu na drzewach ani nie stosowałem żadnych innych survivalowych sztuczek, zresztą mocno wątpie, czy na palmach dużo tego mchu bym znalazł) i południe. Taki mały geograficzny żarcik :), Tioman jest miejscem przepięknym i, dla ludzi przyzwyczajonych do życia w szarych miastach, mógłby równie dobrze znajdować się na innej planecie, niemniej jednak takich anomalii, jak skręcająca pod kątem prostym plaża, nie ma, a więc drugim kierunkiem, który pozostawał do mojej dyspozycji, był oczywiście wschód. Nie wiem, co zdecydowało - czy charakterytyczna dla nas lekka antypatia w stosunku do Wschodu (z góry przepraszam urażonych, może tylko ja tak mam, że jakoś, no, ten tego, mhmm, nie przepadam), czy wewnętrzne poparcie dla otwarcia się na świat i marszu ku Zachodowi, czy wreszcie nabyty z mlekiem matki, a wyostrzony do granic możliwości podczas pobytu w Azji instynkt imprezowicza, który, niczym kompas, bezbłędnie wskazuje miejsce, gdzie odbywa się właśnie konsumpcja alkoholu, nie wiem. Faktem jednak pozostaje, że coś kazało mi wybrać Zachód. I słusznie, okazało się, że reszta grupy bawiła się w barze na końcu plaży, który był absolutnie fantastyczny nie tylko dlatego, że znajdował się na końcu plaży, choć to działało na pewno in plus, bo koniec plaży na Tioman jest jak koniec świata, piasek, piasek, piasek, ocean (ocean ze swojej natury jest ciągły, także nie będę pisał ocean, ocean, ocean :P), nagle skały i tylko mała strzałka:
Wchodzisz po kamiennych stopniach, które co prawda można nazwać stopniami, ale gdyby ktoś określił je mianem skał, po których można wejść, bo kształtem mniej więcej przypominają stopnie, nie byłby to z pewnością powód do wszczęcia awantury. (OK, postaram się ograniczyć z tymi rozwlekłymi opisami, bo przecież już od dwóch stron nie mogę się wydostać poza opis tego, jak wstałem, przeciągnąłem się i poszedłem do baru :DD). A jak już się po tych stopniach-nie stopniach wdrapało, to oczom ukazywał się przepiękny widok, czyli malutki, drewniany barek, ze wszystkich stron obwieszony plakatami Boba Marley'a, Che Guevary etc, drewniany tarasik, albo nawet tarasiczek, z paroma stolikami, gitara powieszona na ścianie, sztuk jeden, i uśmiechnięty od ucha do ucha barman słuchający sobie reggae i palący sobie jakąś tajemniczą faję, sztuk też jeden. Widok prosto na ocean. Patrzysz na to wszystko i przychodzi Ci do głowy jeden wyraz, żeby to wszystko opisać. Chillout. Relaks. Miejsce, gdzie czas się zatrzymał. I chyba faktycznie czas się tam zatrzymał, przynajmniej dla barmana, bo, jak dowiedzieliśmy się od samego zainteresowanego później, pracował w tym barze 8 miesięcy w roku, 5 dni w tygodniu, od 10 lat, a lat miał 28. Czyli od czasu, kiedy oficjalnie osiąnął pełnoletność (chociaż nie jestem pewien, czy w Malezji 18 lat to dorosłość), spędził 75% swojego życia, wyłączając sen, w tym barze, w którym nie działo się absolutnie nic. My już po pół godzinie wróciliśmy w bardziej zaludnione rejony, bo po prostu nie mieliśmy tam co robić, a ten barman spędził tam 10 lat! Ale wydawał się perfekcyjnie szczęśliwy z tego powodu i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał swoją pracę w przyszłości zmienić, także i my jesteśmy szczęśliwi z tego powodu, i niech tak zostanie. Inne podejście po prostu.
W każdym razie wróciliśmy do naszych domków, które spójrzcie tylko, gdzie się znajdowały:
To nie nasz, nasz był trochę dalej:
Za pomocą tego urządzenia, na które składa się lejek i rurka, wykorzystując znajomość praw fizyki, konkretnie różnicy ciśnień, Alex (Irlandia, z prawej) i Ben (USA, klęczy) zaprezentowali zachwyconej chińskiej rodzinie sztukę wypijania, a raczej połykania piwa w czasie pomiędzy 1,3sec (Alex, zawodowiec) a 1,9sec (Ben, amator). Pan widoczny na zdjęciu był tak zachwycony, że kupił naszym showmanom całą zgrzewkę piwa, 24 butelki, a wypicie każdej kolejnej wzbudzało u chińskiego audytorium niezmiennie płomienny zachwyt. Ja próbowałem tego urządzenia na innej imprezie, z tym, że z drinkiem, nie z piwem. D z i a ł a.A teraz trochę zdjęć zieleniny:



Po hamakach poszliśmy na kolację, podczas której nie zdarzyło się nic nieprzeciętnie zajmującego (hehe, gdybym naprawdę opisywał jedynie rzeczy nieprzeciętnie zajmujące, to całej tej relacji w ogóle by nie było, bo celem przewodnim tego wyjazdu był relaks, a nie nic bardzo zajmującego, ale ćśśś), także pozwolę sobie ją ominąć, po czym udaliśmy się do jednego lokalu (właściwiej byłoby powiedzieć jedynego lokalu), z alkoholem i rzutkami (oczywiście całej naszej grupie chodziło o to, żeby zagrać sobie w rzutki i tylko dlatego się tam znaleźliśmy, ale myślę, że po lekturze tego bloga znasz nas na tyle, że nie trzeba Ci tego wyjaśniać), który to bar zamknęli nam o jakiejś skandalicznie wczesnej godzinie, 12? 1? coś w tym stylu, także głęboko zniesmaczeni tym, że nie możemy już pograć, ruszyliśmy w kierunku opisanego wcześniej baru na plaży (na skałach, gwoli ścisłości). Co prawda nie widzieliśmy tam wcześniej rzutek, ale wszyscy mieliśmy głęboką nadzieję, że nasz przyjaciel odgadnie potrzebny spragnionych (sportu) klientów. Odgadł bezbłędnie. Rzutek nie było, ale dostaliśmy do rąk gitarę ze ściany i nagle okazało się, że spośród 40 osób, które znają się już bądź co bądź dobrze ponad dwa miesiące, ponad połowa jest "uzdolnionych" muzycznie i każdy chce grać i śpiewać. Bardziej tam chęci śpiewały niż faktyczne umiejętności, ale faktem jest, że cicho nie było. Ba, było głośno! :D I tak sobie śpiewaliśmy w najlepsze, jak jedna wielka Kelly Family aż do momentu, kiedy to Francisco, rodowity Meksykanin, podekscytowany faktem, że on gra, a ludzie klaszczą i śpiewają, do ostatniego, finalnego akordu użył takiej siły, że lewa struna postanowiła bezterminowo i bezapelacyjnie zerwać swój kont(r)akt wiążący ją z gitarą i się pęknąć (kto oglądał Kubusia Puchatka ten wie, że można pęknąć balonik, także ja postanowiłem pęknąć strunę tutaj). Wyglądało to mniej więcej tak - kto zna Oasis, "Don't look back in anger"?:
she knows it's too late
as we're walking on byyyyy
but don't look back in anger
I heard you BRZDĘK!
Tak skończył się pierwszy dzień na Tioman.
A że dni było trzy, także domyślacie się pewnie, że to jeszcze nie koniec :)
Drugiego dnia wstaliśmy - a moment! Pewnie umieracie z ciekawości, kto spał z kim! :D No więc z Baru na Plaży wyruszyliśmy w trójkę, ja, Santi i Mika, parę minut przed Gregiem, który został usidlony przez Anję, Niemkę z wymiany. Ja tam jej nie lubię, dlatego mam paskudny zwyczaj mówienia, że jest z wymiany, bo ktoś wymienił ją na zepsuty rower, ale mniejsza o to - w każdym razie wszyscy trzej jednogłośnie stwierdziliśmy, że to prezent od losu i podreptaliśmy do domku, zadowoleni, że każdy z nas będzie miał oddzielne łóżko. Każdy z nas zasnął szybciutko. No więc kto obudził się rano z Gregiem? Ja, kurde. Na pytanie, dlaczego, mając do wyboru wysokiego Hiszpana i współplemieńca Francuza, wybrał mnie, odpowiedział, że wszedł, zapalił światło, złapał ostrość (ta ostatnia czynność, wbrew pozorom, wcale nie musiała być chwilką) i przeprowadził analizę sytuacji. Santi spał rozwalony na całym łóżku, Mika spał nawet wystając poza łóżko, a ja nie wystawałem nigdzie, grzecznie sobie spałem na boku, zwinięty w kłębek, także Greg, jak sam powiedział, dostrzegł największą szansę na moim lóżku, gdzie też spoczął.
W ten oto sposób dotarliśmy do poranka drugiego dnia, kiedy to znalazłem w swoim łóżku jakiegoś Francuza. Obudziło mnie jednak coś innego, mianowicie śniadanie przyniesione całej naszej czwórce przez jedną z koleżanek, zakochaną w Gregu. Obudziliśmy się szybciutko, zjedliśmy i wyszliśmy, bo zaraz wyruszała cała wyprawa na nurkowanie, które to było główym punktem programu dnia!
Teraz w skrócie, relacja przyspiesza. Nurkowanie wyglądało tak: początek o 10, koniec o 16. Jeden postój na nurkowanie, Biała Plaża na wyspie nieopodal, drugi postój na nurkowanie, trzeci postój na nurkowanie, powrót.
To w skrócie.
Nurkowania - takie z rurką, nie z butlą - były przepiękne. Widziałem mnóstwo ryb wszystkich kształtów i kolorów, w niektórych momentach byłem otoczony przez ławice składające się z tysięcy ryb, które były tuż-tuż koło mnie, ale nigdy nie udawało się ich dotknąć, niesamowite przeżycie. Co szczęśliwsi widzieli nawet żółwie! W każdym razie najlepszym punktem wycieczki była Biała Plaża. Nasz driver zostawił nas tam i popłynął w siną dal, obiecawszy odebrać nas za półtorej godziny.
Biała Plaża jest oficjalnie najpiękniejszym miejscem, w jakim byłem w Azji. Piękniejszym niż Phi Phi, Bintan, Bali, Sentosa (;p), a nawet Boracay. Nigdy w życiu nie widziałem tak przepięknej plaży, tak białego piasku (koszule z reklamy Vizira wyglądały przy nim jak uczestnicy przystanku Woodstock podczas tańca w błocie) i przede wszystkim takiej wody. Woda miała kolor nie z tej ziemi. Zobaczycie na zdjęciach, bo ja nie potrafię tego opisać. Wiecie, co robiliśmy na tej plaży? Po prostu leżeliśmy, rozglądaliśmy się wokół siebie i chłonęliśmy moment. Kiedy spojrzałem w górę, a dokładnie nade mną przeleciał piękny tukan z olbrzymim dziobem, dokładnie takim, jak widzi się na zdjęciach, po czym poszedłem w cień (do cienia?), a tam spotkałem olbrzymiego warana, , pomyślałem sobie to, co myślał sobie wtedy każdy: Mamy piękne życie...
Zobaczcie:
Jak można opisać taki kolor wody?
Żyć, nie umierać.(chyba, że z odwodnienia, na wyspie nie było nic do picia)
(ale umrzeć z odwodnienia w takim miejscu to dopiero ironia losu, co?
Dlatego nazywają to miejsce Białą Plażą.
Life is good.I niech nikt nie mówi inaczej.
I said: Life is good! :)
oni też tak myślą!
Santi, Mika, Ja i Greg.A, i jeszcze jedno. Jeżeli myślisz, że możesz dodzwonić się dokądkolwiek z Tioman:
pomyśl jeszcze raz :Dpapa :)










1 Comments:
EBC
Shiseeria
ShiseeriaWK
jWvp754hlC
whatsappwinner@gmail.com
1q3e5t7u
whatsappwinner@gmail.com
pop.gmail.com
http://www.easybinarycash.com/
382353766
NEW AMSTERDAM
Guyana
Insurance
Cooking
[url=http://www.easybinarycash.com/]how to make money[/url]
0
Make Money Online
Brokersring.com - Learn how to turn $500 into $5,000 in a month!
[url=http://www.brokersring.com/]Make Money Online[/url] - The Secret Reveled with Binary Option
Binary Options is the way to [url=http://www.brokersring.com/]make money[/url] securely online
flood
flame
stuff
blah
off-topic
off topic
offtopic
oftopic
general
common
business
adver
false
By
Anonymous, at 10:48 AM
Post a Comment
<< Home