J&K away

Thursday, January 19, 2006

W jakim jezyku mowi sie w Sinapurze?

hello lah!

Z tego, co mozna znalezc w Internecie, encyklopedii i innych wiarygodnych zrodlach, w Singapurze mowi sie w czterech oficjalnych jezykach - angielskim, mandarynskim, malajskim i jakims tam jeszcze czwartym, zapomnialem, ale nie chce mi sie teraz tego sprawdzac, bo i tak nie ma to znaczenia tutaj. Cztery jezyki - tyle mowia oficjalne zapiski (o, ten czwarty to tamilski - wlasnie!).

Jezeli ktos bylby troche bardziej dociekliwy, prawdopodobnie znalazlby gdzies informacje, ze Singapurczycy nazywaja lokalna odmiane angielskiego nie english, ale singlish. (uwaga czytelniku, juz w tej chwili w Twojej glowie powinien zabrzmiec ostrzegawczy dzwonek - co to znaczy odmiane angielskiego?) OK - myslisz sobie, fajna nazwa, polaczyli Singapur i english - super, ci to dopiero maja pomysly.

Tyle mozna znalezc informacji na ten temat w Internecie. Nic wiecej. Jeden jedyny Marcin Bruczkowski (ten od "Bezsennosci w Tokio", kto nie czytal, niech zaluje - rewelacyjna ksiazka) w swojej nowej pozycji "Singapur - czwarta rano" - uwaga, cytuje: "pokazuje realia życia w Singapurze. Posługuje się potocznym językiem, a jednocześnie bezpiecznie przeprowadza przez zawiłości Singlish"

Hmm - czas chyba na drugi dzwonek, nie sadzicie? Zawilosci, mowicie?

Otoz tak. Singlish cechuja pewne zawilosci. Skoro oficjalne zrodla milcza na ten temat, ja przyblize Wam cala prawde. W generalnym skrocie te drobne zawilosci polegaja na tym, ze

TEN JEZYK NIE MA NIC WSPOLNEGO Z ANGIELSKIM I TOTALNIE NIE DA SIE GO ZROZUMIEC!!!!

Jezeli mialbym opisac brzmienie singlish za pomoca slow - co jest zadaniem szalenie trudnym, jezeli nie przekraczajacym ludzkie mozliwosci - poprosilbym Was (przy zachowaniu maksimum uprzejmosci, tolerancji i otwartosci na inne kultury), zebyscie wyobrazili sobie polaczenie dzwiekow wydawanych przez:

A) wcieklego koguta walczacego z innym kogutem
B) dachowca uciekajacego przed przywiazana do ogona puszka (dla moich domownikow - wystarczy Hebe)
C) Cubasy z bajki o Cubasie - nie wiem, czy pamietacie, taka japonska bajka na Polonii 7 leciala, o mlodym pilkarzu - jezeli nie, nie szkodzi, moze byc jakakolwiek inna postac z japonskiej kreskowki, najlepiej taka, ktora czesto sie denerwowala i w stanie wzburzenia zaczynala bardzo szybko mowic

OK. Wyobrazcie sobie polaczenie tych trzech dzwiekow. Ale naprawde sobie to WYOBRAZCIE. Szalony kogut, spanikowany kocur i wsciekly Japonczyk.

N a r a z.

Teraz przyspieszcie uzyskany efekt - jeszcze... jeszcze... jeszcze! Docelowa predkosc to okolo 3 - 4, w porywach nawet do 5-6 slow na sekunde. Na sekunde, tak.

OK, juz prawie to mamy. Teraz na koncu kazdego zdania dodajcie slowo LAH, wymawiane LA - ale nie takie zwykle la (pamietajcie o wscieklym Japonczyku), tylko takie la, na dzwiek ktorego przed oczyma wyobrazni staje wam spadajaca gilotyna (la!).

OK. Ostatnie zadanie. Teraz w tym szalonym strumieniu dzwiekow umiesccie gdzieniegdzie (tak 1 na 10) slowa, ktore przy maksymalnym skupieniu i olbrzymim wysilku moga e w e n t u a l n i e uchodzic za jakies angielskie slowa.

Macie to?


No to to sa wlasnie te "drobne zawilosci", jakie przedstawia soba Singlish. :) Nie kazdy Singapurczyk uzywa tej ekstremalnej odmiany.Niektorzy mowia normalnie. Przy czym to nie jest albo-albo, bardziej cale spektrum mozliwosci z przypadkiem opisanym powyzej z jednej strony (100% singlish) i normalnym, doskonalym angielskim z drugiej. Ja osobiscie przestaje rozumiec cokolwiek przy zawartosci singlisha przekraczajacej 70%.

I oni to bezczelnie nazywaja angielskim, phi! Rozne angielskie w zyciu slyszalem!

Najlepsze w tym wszystkim jest to, ze jeden drugiego jakims cudem jest w stanie zrozumiec :))


Przy czym, oczywiscie, to sa moje obserwacje i one maja sie nijak do tego, jak lokalni podchodza do sprawy. Oni sa chyba naprawde swiecie przekonani (a przynajmniej sprawiaja takie wrazenie), ze to jest normalny angielski i ze ludzie go rozumieja. Powiem Wam cos w sekrecie...

Nie. Nie rozumieja go.

My, biali ludzie, nie rozumiemy tego jezyka.

Pol biedy, jak wscieklym singlishem odpowie Ci sprzedawca na straganie albo taksowkarz (chociaz z tym potrafi juz byc gorzej, nieraz juz zostalismy zawiezieni nie w to miejsce, co trzeba), gorzej, kiedy tak mowi profesor prowadzacy zajecia, ktory oczekuje od Ciebie aktywnego brania udzialu i bycia przygotowanym na kazde jego pytanie. Ja naprawde chetnie bralbym udzial, ale, kurna, nie mam pojecia, jak mam brac udzial, skoro nie mam najmniejszego pojecia, o czym on do mnie rozmawia!! Gdyby nie obowiazkowe prezentacje wyswietlane na wielkich ekranach, nie mialbym nawet pojecia, na jaki temat mowi - mogloby to byc wszystko, od rozmowy o pogodzie do wyzwania mnie na smiertelny pojedynek - i tak jedyna reakcja, ktora udaloby mu sie ode mnie uzyskac, bylaby metoda "Na Jurka", sprawdzona w polskich warunkach bojowych (gdzie tez dowiodla swojej skutecznosci), czyli uprzejmy, lekki usmiech, spojrzenie prosto w oczy i delikatne skiniecie glowa. Dziala, nie pytaja. Cale szczescie.

Postanowilem jednak nie liczyc na to przez caly semestr (no bo, tak na logike, jakbym przez 5 miesiecy siedzial tak tylko z tym swoim lekkim, uprzejmym usmiechem i kiwal glowa, to w koncu kazdy z nich, jakkolwiek prostudencki by nie byl, musialby pomyslec, ze to jest jakis niekontrolowany tik, ewentualnie jakies lekkie zaburzenia na tle nerwowym i cos ze mna jest nie tak:D) i zastosowalem inna metoda, bardziej, zdaje mi sie, racjonalna, i po prostu zmienilem sobie kursy na takie prowadzone przez bialych albo ewentualnie lokalnych, ktorzy mowia normalnie. Takze moj ostateczny wybor, jezeli chodzi o przedmioty, to:

1. Sports Marketing - moj najlepszy przedmiot - Amerykanin
2. Business, Government and Society - gosc po Wharton Business School
3. Small Business Consulting Experiences - lokalny, ale normalny
i 4. Retailing and Distribution Management - tu niestety mam lokalnego singlisha, ale ze skonczyly mi sie e-Dolary i nie moge juz zabidowac na zaden inny, takze z tym sie jakos juz pomecze.


A Karol cwaniak ma jeszce 200 e$ i chadza sobie od jednych zajec do drugich, tu spedzi pol godzinki, tam pol godzinki i sobie wybiera. Zazdroszcze mu, bo z checia zrezygnowalbym z mojego nr 4, no ale ja musialem duzo dac na nr 1 i nie zostalo mi nic, takze mam to, co mam i teraz staram sie koncentrowac na dobrych stronach i maksymalnie duzo z tego wyciagnac. :)

A jezeli chodzi o nauke, to trzeba Wam wiedziec, ze singapurscy studenci to wariaci. Oni sa uwazani za najlepszych studentow na swiecie. I, kurde, cos w tym jest. W kazdym przedmiocie sa grupy, ktore realizuja projekty, ktore sa podstawa zaliczenia. I w kazdym jednym przypadku (kazdy z nas ma 4 przedmioty, ergo 4 rozne grupy i wszedzie jest to samo) oni zaraz po stworzeniu grupy zaczynaja pracowac jak kopiec mrowek. Np Greg dolaczyl do grupy we wtorek o 17 i o 19 dostal od kazdego czlonka 2str emaila odnosnie metody przeprowadzania badan itp, a pierwsze spotkanie grupa ma w srode o 8 rano i od razu formuluja hipotezy, antytezy, metodologie, dziela sie zadaniami etc. A projekty, ktore, tak Bogiem a prawda, da sie zrobic w dwa tygodnie (WSPiZ hehe), musza byc oddane w kwietniu. W KWIETNIU! A oni zapieprzaja jak - jak to ktos w jakiejs hiphopowym utworze powiedzial - kroliki na koksie w styczniu!!

Poza tym oni sa w ogole niesamowici, np. jak profesor ma wyklad, to oni W CZASIE RZECZYWISTYM robia z tego prezentacje w PowerPoincie!! Powaznie, widzialem na wlasne oczy - i potem jak prof sie pyta co o tym sadzicie, jakie sa przemyslenia waszej grupy, to oni mu po prostu pokazuja gotowa prezentacje!!! No masakra po prostu! Nasi polscy studenci sa mniej wiecej 10 razy mniej efektywni niz ci tutaj. Powaga. Na szczescie oni rozumieja, ze my, eksczejdze, nie jestesmy na tyle lekkomyslni, zeby z nimi rywalizowac i zadowalamy sie rola konsultanta, ktory wnosi do grupy spojrzenie z innej kultury (np wiecie co, w Polsce to my bysmy sie za ten projekt zabrali na 2 tygodnie przed ostatecznym terminem, a dzisiaj poszli na piwo - zartuje mamusiu :D), poza tym jasne jest dla nich, ze chcemy tez podrozowaz, takze zwyczajowo jestesmy obciazani odpowiednio mniejszym ciezarem odpowiedzialnosci. Idealna sytuacja jest wtedy, kiedy uda sie znalezc tzw. angels, czyli grupe porzadnych, dobrze wychowanych Singapurczykow, ktorzy nie potrafia odmawiac i totalnie akceptuja Twoje czeste nieobecnosci i watpliwy wklad merytoryczny.

Ja np. wlasnie skonczylem online conference z moja grupa z BGS (moj nr 2), podczas ktorej zastanawialismy sie (dobra, dobra, nie pochlebiaj sobie - ty bardziej patrzyles, co oni pisza) m.in. nad tym, czy Socjalny, moralny, prawny i edukacyjny wymiar singapurskiej srodowiska kulturalnego ogranicza efektywne wykorzystanie praw konsumenckich jest wlasciwa hipoteza wstepna i skad wziac materialy potrzebne do przeprowadzenia badan etc, i ja podczas tej rozmowy (1,5h) siedzialem sobie przy basenie i raz na jakis czas nawet sobie do niego wskakiwalem, bo tempo myslenia lokalnych wymagalo ode mnie sesji ochladzajacych (inaczej bym sie przegrzal), bo tu wszedzie wireless i moglem sobie przy tym basenie siedziec. Takze mozna spokojnie powiedziec, ze, mimo iz Singapur lezy na rowniku i wszedzie masz palmy i baseny, nie ma ucieczki przed praca - technologia dopadnie Cie wszedzie.

No, to tyle - w dzisiejszym odcinku nie bedzie zdjec, bo nie za bardzo wiem, jak mialbym zilustrowac to, o czym pisalem :)

Wrzuce jakies wkrotce :)


good bye lah!

0 Comments:

Post a Comment

<< Home