J&K away

Thursday, January 12, 2006

Carmit's Bday party oraz pierwsze odwiedziny MoS

Na wstepie wypada zawsze sie przywitac co tez pragne uczynic albowiem podobno to nasz wspolny blog a do tej pory jeszcze palcem sie do niego nie tknalem. Wiec ja, Karol witam wszystkich wielbicieli lekkiego piora mojego przyjaciela Jurka i oficjalnie oswiadczam swoja dobra wole w dostarczaniu Wam raz na jakis czas nowych relacji z azjatyckiej przygody widzianych moimi oczyma. Z gory przepraszam iz moje relacje nie beda tak barwnie i poetycko opisane jak relacje Jurka ale kariere literacka porzucilem dla kariery "ekonomisty" w osmej klasie szkoly podstawowej kiedy to napisalem swoje ostatnie tzw wypracowanie wiec moj styl raczej nie mial szans ewoluowac a wrecz obnizyl swoje loty ;)

Obydwoma rekoma podpisuje sie pod tym wszystkim co do tej pory napisal Jurek, zwazajac na okolicznosci w jakich pisze ta relacje (odbrobine zmeczony po wczorajszej imprezie w ministry of sound odpoczywam sobie nad basenem popijajac zimnego red bulla;) ) podobnie jak przyjaciel Jurek uwazam ze calkiem niezle wybralismy miejsce na poszerzanie i internacjonalizacje naszego wyksztalcenia :)

A teraz kilka slow o imprezie urodzinowej naszej kolezanki z Izraela Carmit. Nie wspominalismy jeszcze o Carmit w naszym blogu, w sumie to w naszych relacjach beda sie pewnie przewijaly rozne dziwne imiona innych studentow dlatego co ciekawsze przypadki postaramy sie opisac co nieco. Otoz Carmit rozpoczela swa azjatycka przygode juz w sierpniu ubieglego roku i zostala z nami na drugi semestr dlatego tez miala wystarczajaco duzo czasu aby nabrac doswiadczenia w singapurskich klimatach i czasami potrafi sluzyc nam dobra rada. Pierwszy raz spotaklismy ja na naszym grillowaniu podczas drugiego dnia pobytu w Sleepy Sam's. Carmit, hmm, jakby tu powiedziec nie da sie nie zauwazyc albowiem dziewcze urodziwe ma okolo 2 metrow wzrostu wiec na tle dosc niskich azjatow wyglada jak zyrafa;) Na pierwszy rzut oka myslalem ze izraelska reprezentacja siatkarek jest w singapurze i wszyscy do dzisiaj zastanawiaja sie ile Carmit ma wzrostu a chyba poprostu powinnismy zapytac. Carmit ma jeszcze jedna wyjatkowa ceche, otoz jest pol polka i byla w Polsce na jak ona to nazwala "most depressing trip ever". Ale nic dziwnego albowiem ogladali obozy koncentracyjne ;(

No wiec wracajac do tematu, w srode 10 stycznia byly Carmit urodziny dlatego tez zaprosila nas na mala imprezke urodzinowa do swojego mieszkania. Jak zwykle wspaniale zoorganizowani dotarlismy na nia z 1,5 h opoznienieniem;) Tym razem jednak nie bylo spowodowane ono naszym lenistwem ale fizycznym brakiem czasu. Zajecia w szkole mielismy od godziny 8:30 do 19:00 i zanim dotarlismy do domu byla 8:00 a imprezka zaczela sie o 20:30. W miedzyczasie opuscilismy szkole aby doswiadczyc spotkania z jednym z moich guru inwestycyjnych panem Georgem Sorosem, ktory w drodze do Indonezji , gdzie wizytuje swoja fundacje odwiedzil na chwile Singapur i wzial udzial w dyskusji panelowej zorganizowanej glownie dla studentow z Singapuru. Tematem spotkania byla idea otwartych spoleczenstw ktorej holduje i wspiera licznymi dzialaniami i srodkami finansowymi pan Soros. Ogolnie ciekawe doswiadczenie moc na zywo podziwiac czlowieka ktory osmieszyl i narazil na straty ponad 2 mld US$ bank cetralny UK, niestety ani slowem nie wspomnial o finansach. No moze tylko tyle ze zaczal zarabiac pieniadze aby zyc a po tym jak juz odniosl sukces poprostu nie mogl przestac;) Ogolnie spotkanie perfekcyjnie zorganiozowane, ciekawi goscie i przesympatyczny i bardzo inteligentny moderator, ktorego nazwiska niestety nie pamietam.

No tak, ale wracajac do glownego watku wyjatkowo nie mielismy problemow z zaopatrzeniem sie w srodki rozweselajace albowiem we wtorek odbylismy z Jurkiem podroz na litnisko aby odebrac co nasze;) Szkoda ze nie mielismy aparatu bo mina celnika na widok Jurka niosacego karton kolorowych butelek trafila by na okladke Nie do wiary...

No wiec zaopatrzeni w to co najlepsze z Polski (niezbedny skladnik koktajlu potocznie zwanego szarlotka) oraz norodowy kubek Polska (na predce wymyslony prezent dla Carmit, kupiony wstepnie jako prezent dla naszych Buddies na Okeciu) ruszylismy do mieszkania kolezanki, ktore okazalo sie byc bardzo sympatyczne (3 poziomy, czysto, schludnie i dosc nowy budynek) ale ma swoje negatywne strony : jest chyba 20 min drogi taksowka od centrum. Na miejscu przywital nas rozentuzjazmowany tlum, ktory bawil sie juz od dluzszego czasu. Carmit byla zszokowana kubkiem ktory otrzymala od nas w prezencie wspolne z kwiatami od naszych wspolokatorow ale jeszcze bardziej ucieszyla sie na widow Żubra na etykiecie pewnego trunku. Okazalo sie ze doswiadczyla wczesniej tego jakze polskiego eliksiru mlodosci i sil witalnych i czym predzej ruszyla po szklanki aby powtorzyc to doswiadczenie...

Ogolnie na imprezce bylo sporo sttudentow z calego swiata takze bardzo ciekawie wypadl moment zdmuchiwania swieczek z tortu, po ktorym reprezentanci kazdego obecnego narodu spontanicznie zaczeli spiewac Happy Birthday w narodowym jezyku. Z tego co pamietam uslyszelismy ten jakze popularny biesiadny utwor w nastepujacych jezykach : chinski, angielski, szwedzki, hiszpanski, wloski , francuski, norweski oraz oczywiscie polskie Sto lat albowiem nie wiedzielismy jak spiewac Happy... po polsku.

Impreze opuscilismy dosc wczesnie, kolo 2330 z zamiarem odwiedzenia Ministry of Sound (lokalnie MOS albowiem w Singapurze wszyscy uzywaja akronimow nagminnie, School of Business to SoB a gdy slyszymy NSR oznacza to Networked Seminar Room). Pierwszy atak na MOS mial miejsce w sobote i zakonczyl sie tym ze poprosilismy pana taksowkarza aby nas zawiozl na miejsce po czym zobaczylismy 400 metrow kolejki przed wejsciem i ta sama taksowka pojechalimsy gdzie indziej, a byla godzina 21:40! Tym razem zatroszczylismy sie o skutecznosc proby (Greg poznal dzien wczesniej lokalnych Expatow, ktorzy polowe zycia spedzaja w klubach) wiec weszlismy do srodka z listy, co bylo bardzo mile zwazajac na fakt ze bilet kosztuje srednio 50zl! Sam klub,hmm, ogromny, mogacy pomiescic 400o osob bardziej przypomina mi maszynke do zarabiania pieniedzy niz klub. W skrocie : 4 parkiety (glowny, hh/rnp, studio 54 czyli 70s oraz moj ulubiony o nazwie pure czyli chilli oraz house) naglosnienie za 1mio dolarow, sciana wody dzielaca parkiet glowny na pol na ktorej rzucane sa wizualizacje, klatki, sale prywatne oraz sky room lounge dla lokalnych i przyjezdnych szejkow, ktorzy rozkoszuja sie ogladaniem rozentuzjazmowanego tlumu zza luster weneckich popijajac szampana. Ogolnie wyjatkowo nie bylo tlumow choc byla to sroda czyli Girl's Night (panie nie placa za bilet i z reguly otrzymuja free lub well discounted drinks) a wiadomo gdzie panie tam i panowie...wiec srody sa poczatkiem weekendu w Singapurze. Muzyka, hmm, main floor komercyjne pop hity, pure mile vocal housy. Pure to jedyna rzecz ktora pobudza moje spaczone poczucie smaku odnosnie klubow. Pierwsze wrazenie po wejsciu jest niesamowite, cale miejsce razi biela, od koloru scian po super wygodne sofy, fotele i materace, ogolnie chcialbym zobaczyc taki lounge w Warszawie, pieknie. Muzyka bardzo mila, lokalny rezydent gral slodkie vocal housy, nu jazz i mile dla ucha dzwieki. Takze ogolnie MoS nas wszystkich zawiodl na calej linii : poczynajac od cen biletow, napojow przez klimat, a wlasciwie jego brak po muzyke. Przyzwyczajeni do milych, klimatycznych klubow stolicy nie moglismy odnalezc sie w klubowym suermarkecie, bo do tego moge porownac MoS, ktore nota bene zostalo otwarte w Singapurze 4 tyg. temu i jest najwieksze na swiecie. Wiec wszyscy oprocz Grega powrocilismy po bardzo dlugim dniu do domu, popluskalismy sie w basenie (my love) i polozylismy grzecznie do lozek. A to byl dopiero pierwszy dzien naszego dlugiego weekednu...

Odnosnie klubow napisze kiedys dluzsza relacje, ale musze jeszcze troszke pobiegac po miescie aby miec szersza perspektywe. Z tego co do tej pory doswiadczylismy jesli jestes zwierzakiem imprezowym omijaj Singapur szerokim lukiem...

P.S. Pocieszajacy jest fakt iz nad wejsciem do MoS zauwazylem piekny i znajomy baner : Hed Kandi : monthly residency ilustrujacy nowa plyte The Mix 2006 a Kandi Party ma byc w piatek...we will see.

To tyle, mam nadzieje ze nie przynudzalem za bardzo i jeszcze nie spicie i do nastepnego posta.Pozdrawiam.

Wednesday, January 11, 2006

Bogactwo fauny w tropikach, czyli nasi nielegalni wspollokatorzy

taki tylko szybki update,

Ostatni wpis skonczyl sie tym, ze Karol otworzyl szafe, a z szafy wyskoczyla jaszczurka. Coz, wtedy nas to zaskoczylo (Wlasciwie zaskoczylo to bardzo delikatny opis tego, co sie stalo, kiedy zobaczylismy jaszczurke :D. Kiedy probowalismy ja namierzyc - glownie dlatego, ze, majac do wyboru cale mieszkanie, wleciala akurat do naszego pokoju - schylilem sie, zeby zobaczyc, czy nie ma jej pod lozkiem i wlasnie wtedy katem oka zobaczylem jakis ruch - cos czarnego pelzlo po podlodze ((moja twarz byla wtedy blisko podlogi, bo sie schylalem - zaraz zobaczycie, ze to ma znaczenie :) )). Podskoczylem jak dziki, myslac, ze za sekunde jaszczurka zacznie sie po mnie wdrapywac - cholera wie, czy to nie jadowite czy cos - i opadlem na podloge. Wtedy zobaczylem, ze to czarne cos to byla faktycznie przerosnieta mrowka - takze NIE MOZNA powiedziec, ze wyskakujaca z szafy jaszczurka nie wplynela na nasza wrazliwosc psychiczna :D). Ale potem wrocili Greg i Andrea (Grzegorz i Andrzej od dzisiaj) i powiedzieli, ze jaszczurki to no big deal, ze w ich krajach jest ich pelno, nikomu nie robia krzywdy i nie ma sie czym przejmowac.

Takze dwa dni pozniej, kiedy, wchodzac do lazienki, zobaczylem spieprzajaca jaszczure (no dobra, jaszczureczke, przy jaszczurze nie bylbym takim bohaterem), wrocilem spokojnie do pokoju po aparat i zrobilem jej mala sesje. Flesz dzialal na nia lekko stymulujaco, ale mimo to udalo mi sie uchwycic ja w kadrze. Oto i ona :)



















Jaszczurki sa wiec pierwsza nielegalna grupa naszych wspollokatorow. Nie najliczniejsza - ta pozostaja bez watpienia mrowki, ktore panosza sie po calym mieszkaniu w ilosciach hurtowych - ale z pewnoscia najbardziej egzotyczna. Mrowki to ja mam w swojej kuchni w domu (france laza zawsze tam, gdzie stoja soki i miod), a jaszczurki? Prosze pana, pelna egzotyka! Jedna nzawalismy Lisa, inne czekaja na chrzciny.

Wczoraj odwiedzil nas tez pan karaluch. Ale to byl chyba capo di tutti capi karaluchowych, bo, przysiegam, wiekszego skurczybyka jeszcze nie widzialem (moze to byc spowodowane tym, ze byl to pierwszy karaluch, jakiego kiedykolwiek spotkalem, ale w ogole robali tych rozmiarow nie widuje zbyt czesto). To byly dopiero jaja. Karol mowi, ze prawie poplakal sie ze smiechu, jak dwa chlopy (ja i Greg) zblizyli sie do karalucha ze szklanka (z humanitarnym zamiarem odizolowania go od otoczenia, a potem pozbycia sie (("bezsmiertnego" :D)) ) - karaluch, kiedy zorientowal sie, ze w jego kierunku zmierza wielkie szklane naczynie i wszystko wskazuje na to, ze zaraz odetnie go od swiata, zdecydowanie przyspieszyl i ruszyl w jedynym kierunku, ktory stwarzal realne szanse na ratunek - w naszym (w momencie podejmowania decyzji karaluch znajdowal sie w rogu pokoju). No wiec Karol mowi, ze jak zobaczyl (oczywiscie nie ma racji, nie tak to wygladalo), jak dwoch doroslych (badz co badz) facetow z przerazeniem w oczach krzyczy i w panice zeskakuje karaluchowi z drogi, to prawie spadl z kanapy ze smiechu. A trzeba mi dodac, ze, dziwnym zbiegiem okolicznosci, siedzial na tej kanapie z podwinietymi nogami :DD

No wiec cala akcja przeciwko karaluchowi, kryptonim "Burza w szklance wody", zostala zilustrowana i przebiegala jak nastepuje:









Wstepne rozpoznanie przeciwnika












Karaluch, zwany dalej "K", wybral strategiczny przyczolek do ekspansji na reszte terytorium wroga













zoom na K - tu mozemy podziwiac zadziwiajaco dlugie czolki, pelniace funkcje rozpoznawczo - odstraszajace







Niestety, akcja wlasciwa, tj. faza, ktora my nazywamy "szklany atak" nie zostala uwieczniona - pewnie dlatego, ze dwojka zolnierzy otaczala wroga w rogu pokoju, a trzeci siedzial na kanapie (z podwinietymi nogami) i sie smial. Anyway, efekt ostateczny, niestety dosc niewyrazny na zdjeciu, stanowi niezaprzeczalny dowod wyzszosci naszego humanitaryzmu, doswiadczenia, sprytu i profesjonalnego wyposazenia nad instynktem karalucha. Prosze spojrzec na to:






Tam siedzi!!!!!!



W szklance!!!!!! :DDDD






Potem historia konczy sie szybko i bezbolesnie - karaluch zostal zrzucony (razem ze szklanka i z gazeta) do szybu ze smieciami. Najprawdopodobniej nie zaryzykuje ponownej wspinaczki i inwazji na nasz teren :D


takze Singapur ma swoje plusy i minuty - panstwo Gucwinscy byliby pewnie zachwyceni, nam pozostaje obojetnosc (nabyta) z lekka doza niepokoju i wzmozonym uzyciem galek ocznych do monitorowania dolnych partii naszego apartamentu. :)

ciao

Sunday, January 08, 2006

tydzien w pigulce (duzej pigulce)

Hej :)

Wiem, wiem, dawno nie bylo aktualizacji, tak, to prawda (swoja droga, ciekawe, czy ktos oprocz mnie to zauwazyl =D). Dzialo sie duzo rzeczy i nie moglem znalezc czasu, zeby napisac porzadna relacje, a nie bede Was karmil jakimis suchymi pol-wpisami, bo ani Wy nie bylibyscie zadowoleni, widzac cos w stylu pogoda ladna, szkola trudna, lece, nie mam czasu ani ja tym bardziej nie bylbym zadowolony z takich polsrodkow, takze wolalem poczekac na taki dzien jak dzisiaj, usiasc i spokojnie Wam o wszystkim opowiedziec.

A musze Wam powiedziec, ze dzisiaj jest wprost idealny dzien do tego, zeby nic nie robic, siedziec i pisac. Wlasnie tak to teraz wyglada, siedzimy w salonie (a'propos living room, wczoraj bylismy na domowce u znajomych i rozmawialismy na temat ich mieszkania, standardowe pierwsze uwagi, o, kuchnia super i te sprawy i wchodzimy do salonu, ktory jest troszke wiekszy od naszego, ale kompletnie pozbawiony mebli i Andrea, ktory ma unikalna zdolnosc do wyrazania zlozonych uczuc za pomoca prostego jezyka - jego angielski nie jest za dobry - mowi: I think our living room is more living and this is more room :))) ). Musicie niestety przyzwyczaic sie do tych dygresji moich malych, bo nie mam zadnego planu, tylko tak pisze, co mi przyjdzie do glowy. No wiec z powrotem. Siedzimy sobie wlasnie w salonie, ja, Karol i Greg (Andrea poszedl cos zjesc), kazdy z komputerem przed soba i ogolnie wracamy powoli do zycia. Jest niedziela, popoludnie, dokladnie 5pm, wstalismy jakies 2,5h temu. Wlasnie skonczyl sie tak naprawde pierwszy tydzien w Singapurze. Bilans jest jak najbardziej pozytywny. Po wielu trudach, udalo nam sie wprowadzic do naszego mieszkania, ktorego fotki mozecie obejrzec na dole. Wprawdzie ciagle nie dziala nam pralka (nie odwirowuje) i lodowka (ta po prostu nie dziala), ale mamy prad i -co najwazniejsze- internet. Jako Europejczycy wychowani w spoleczenstwach propagujacych kulture szczerosci i uczciwosci, chcielismy wykupic sobie abonament u lokalnych operatorow i miec bezprzewodowa siec w mieszkaniu. I juz, juz mielismy jechac to zalatwic, kiedy to chlopaki z SGH (tak swoja droga, wlasnie, jest jeszcze 3 kolesi z SGH, ale mieszkaja zupelnie gdzie indziej i widzimy sie z nimi okazjonalnie), jak sie pozniej okazalo - zepsuci do szpiku kosci - powiedzieli nam, zebysmy najpierw sprawdzili, czy w bloku nie ma juz dostepnych, niezabezpieczonych sieci wireless, bo Singapurczycy z reguly nie blokuja tego, bo i tak kazdy ma tu internet i tak. No wiec my mielismy wielkie opory moralne i naprawde nie chcielismy tego robic, ale w koncu (oczywiscie my z Karolem oponowalismy do samego konca, ale Francuz i Wloch za nic maja prawo i porzadek) podlaczylismy sie do sieci obok i internet piekny, bezprzewodowy, szybki i sliczny mamy za free. ("podlaczylismy sie", wielkie mi podlaczenie, po prostu wlaczylismy komputer i samo sie wszystko znalazlo). Takze dzieki temu jeszcze raz wroce do punktu wyjscia, czyli do tego, ze siedzimy sobie wszyscy w salonie, online, i piszemy kazdy swoja relacje :-)

Tak spojrzalem sobie znad mojego pieknego ekraniku (ktory tak Bogiem a prawda nie jest taki az piekny, bo musze go sciemniac, bo inaczej komputer umiera szybciej niz potrafie to zauwazyc) na Grega i stwierdzilem, ze Wy w sumie nie wiecie nic o naszych wspolokatorach. No wiec Greg jest Francuzem (o, sorry - to wiecie), pochodzi i mieszka w Paryzu i jest takim typowym, wylansowanych Francuzem z Paryza po prostu. Dobrze wyglada, dobrze sie ubiera, a przede wszystkim jest przesympatyczny i bardzo latwo lapie sie z nim kontakt. Angielski, jak na Franzuca, ma bardzo dobry, studiuje u siebie, jest na ostatnim roku, napisal juz prace, wszystko, co musi zrobic, zeby formalnie zakonczyc edukacje, to wrocic do Francji. Takze Greg jest ogolnie wylajtowany. Tez byl w Chinach, siedzial w Szanghaju przez trzy miesiace ("what was I doing? Enjoying Shanghai :D)

Andrea z kolei, uff, z Andrea to jest dopiero cyrk. Wloch, z Neapolu, ale studiuje w Mediolanie (na Bocconi University, takze bardzo dobra szkola). Ale nie dajcie sie zwiesc pozorom, nie wszystko zloto, co sie swieci - Andrea nie jest typem studenta, ktorego Bocconi chcialoby miec na swojej edukacyjnej ulotce :). Po angielsku mowi slabo, ale, jak juz wyzej powiedzialem, nie ma rzeczy, ktorej by Ci nie wytlumaczyl. Czasem udaje mu sie zawrzec cos, co ktos inny tlumaczylby pol godziny, w jednym krotkim zdaniu (moje ulubione so far: I have the dick, i have the power :DDD ), czasem sie zacina w polowie zdania i wtedy z pomoca przychodzi mu wrodzona wloska sklonnosc do gestykulacji, z tym ze w przypadku Andrei to, co inni Wlosi wyrazaja calym cialem, on wyraza samymi miesniami twarzy. Powaznie, sukinsyn potrafi ruszac twarza w tak komiczny sposob, ze odpadasz, po prostu zaczynasz plakac ze smiechu. Przewaznie wyglada to mniej wiecej tak: But you know, Yuri there is something - something, no? - something aa... aa.. aa.. (I tu zaczynaja sie te drgawki miesni twarzy - cos fantastycznego, musze nagrac film i Wam pokaze, bo tego nie da sie opisac :) ). Ale to jest wszystko przeurocze i w ogole Andrea jest tak dobrym typem, ze naprawde nie ma slow. Ogolnie nasz sklad jest bardzo dobrze zgrany, ludzie juz mowia, ze to bedzie crazy flat this term.

and guess what? they're damn right! :D

No dobrze, to wiecie juz cos o Andrei i Gregu, my sie przedstawiac nie bedziemy, w takim razie mozemy przejsc do opisu ostatniego tygodnia. Pamietaj, ze jezeli zmeczy Cie czytanie, ten blog zawsze tu jest, mozesz zrobic sobie przerwe, wypic herbate, zobaczyc, czy sniegi juz stopnialy :D, a potem do niego wrocic :)

Ostatni tydzien byl dosc zwariowany. Ogolnie postanowilismy, z racji tego, ze to pierwszy tydzien, nie ma nic do roboty, oni tu na poczatku stycznia maja swieto za swietem, postanowilismy sprawdzic Singapore by night. Zaczelismy od srody, ktora tu jest imprezowym dniem nr 1 - Wednesday night - ladies' night - poszlismy do O-baru (nie wiem, jaki jest sens podawania Wam konkretnych nazw, ale spoko :) ), a przedtem na pre-party do znajomych Amerykanow. I tu wyszla ciekawa roznica kulturowa, bo my, Europejczycy, przyzwyczajeni do wychodzenia pozno, ledwo zdazylismy dotrzec do ich mieszkania jakos tak 22.30 (i bylismy i tak niezadowoleni, ze tak wczesnie trzeba sie gdzies ruszac) tylko po to, zeby zobaczyc wszystkich wlasnie wychodzacych z imprezy - okazalo sie, ze zaczeli o 20! Prosze Cie, kto zaczyna impreze o 20???

No ale anyway w srode poszlismy na imprezke hip-hop r'n'b, imprezka byla super, bawilismy sie do 3 - bo o 3 zamkneli klub - co za besens, wszyscy sie bawili a tu zamykaja klub - anyway, w czwartek obudzilismy sie o godzinie - no niewazne, obudzilismy sie :) i sie ogarnelismy jakos, mielismy sie wprowadzic, ale okazalo sie, ze w mieszkaniu nie ma pradu :), takze, chcac nie chcac, zostalismy w Sleppy Sam's jeszcze jedna noc, ustanawiajac tym samym nieoficjalny rekord dlugosci pobytu w hostelu, ktorego uzywa sie tylko jako bazy do poszukiwania mieszkania wlasciwego, rekord wyniosl ostatecznie 10 nocy. No wiec w czwartek nie udalo nam sie nic zalatwic, ani mieszkania, ani komputera, nic.

W piatek sie wprowadzilismy do mieszkania. Swoja droga, pisanie tego bloga zajmuje tyle czasu, ze to, co napisalem na gorze (ze lodowka nie dziala), przestalo byc juz aktualne - mamy nowa. Raymond przyslal nam ludzi z nowa lodowka.

O wlasnie. Przeciez Wy nie wiecie nic o Raymondzie!

Nie da sie zrozumiec natury naszego pobytu tutaj bez przedstawienia Wam osoby Raymonda.

Raymond jest naszym agentem. Poczatkowo byl tylko agentem od mieszkania, z czasem jednak stal sie naszym agentem uniwersalnym. Agent do zadan specjalnych, 008, Raymond.

Raymond jest najbardziej uczynnym czlowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkalismy. He's the i'll get it fixed by tommorrow type of guy. Robi wszystko, o co sie go poprosi. Kiedy zobaczylismy mieszkanie, brakowalo m.in. dzialajacej lodowki (ok, i'll get you a new one), greg mial w pokoju dwa pojedyncze lozka, chcial jedno duze (ok, i'll get you a new one), piekarnik nam sie nie podobal, stary i nieladny (ok, i'll get you a new one) itd itp. Musielismy kupic komputer (ok, i'll drive you to the place), kupic alkohol (i have a friend who sales liquor, he can get you a discount), isc na impreze (we can go to a drinking place, i have a membership and a bottle of Chivas there), zobaczyc singapur ( i know one place in little india) i mozna by tak wymieniac bez konca. Raymond zna wszystkich, wie wszystko i - co najwazniejsze - uwielbia spedzac z nami czas, takze caly czas ma nam cos ciekawego do zaoferowania. Zalaczamy oczywiscie fotke Raymonda. Agenta Raymonda. Wzbogaca on nasz juz i tak niewatpliwie barwny pobyt tutaj, w zamian my poznajemy go z naszymi znajomymi, a on jest tym zachwycony, takze nasza wspolpraca uklada sie przepieknie.

OK, to teraz znacie juz mniej wiecej caly nasz sklad.

Jurek, Karol, Andrea, Gregory i agent Raymond.

Swoja droga to ja sie tu przedstawiam jako Yuri i kazdy na mnie tak mowi, lacznie z wszystkimi profesorami (za kazdym razem sie lekko usmiecham, jak sie pytaja and what do you think, yuri?) . Chociaz przedtem, jak patrzyli na moje imie i nazwisko to najczesciej wychodzilo im cos fonetycznie zblizonego do Jazzy, takze w sumie tez to swoj urok mialo, ale yuri jest jednak lepsze :)

No dobrze, wiec zatrzymalismy sie na piatku. Piatek i sobota wygladaly mniej wiecej podobne - pobudka popoludniu, ogarniecie sie, lunch, drzemka, pre-party i impreza wlasciwa. W piatek bylismy w Attica - bylo fajnie, ale duzo bialych, po 3 czulem sie jak w europie, w innych miejscach jest zupelnie inaczej, za samo to, ze jestes bialy, dostajesz na starcie 1000 punktow :) - wszyscy sa dla Ciebie tak mili, ze koniec, usmiechaja sie, pomagaja, ulatwiaja - no cos pieknego :). No w kazdym razie w Attica tak nie bylo, okazalo sie, ze to jest najpopularniejsze miejsce bialych ludzi w singapurze, a ze my jednak wolimy rozkoszowac sie nasza egzotycznoscia, to nie bedziemy tam czesto chodzic :)

A wczoraj, czyli w sobote, poszlismy na domowke do znajomych, na ktorej bylo z 40 osob (ciekawa sprawa, ze policja przyszla dopiero o 2 i tylko powiedziala, zeby sciszyc troszke), a potem, jako ze ominelismy czas imprezy wlasciwej, poszlismy prosto do after party klubu w singapurskim Marriott'cie (ale konstrukcja ;p) i znowu do domu dotarlismy po 6 rano, dlatego dzisiaj obudzilismy sie o 2 :)

No, a teraz, zebys Mamusiu nie odniosla blednego wrazenia (:P), ze my tu nic nie robimy, tylko imprezujemy i odpoczywamy, napisze specjalnie dla Ciebie cos o szkole!

Jeszcze nie wiem, jakie mam przedmioty, bo okazuje sie, ze musze zrezygnowac ze wszystkich moich zajec, bo ogolnie zle wybralem, mam zle dni (wszystkie w tygodniu oprocz wtorku), zle zajecia (trudne albo nudne albo both) . Za to duzo jest przedmiotow swietnych, ktore chcialbym miec i na ktore chodze, mimo, ze nie jestem na nie zapisany. Tu, zeby wybrac przedmioty, nie wystarczy isc do dziekanatu i sie zapisac. Wlasciwie to oni nawet tu nie maja dziekanatu. Wszystko jest online, zeby wybrac przedmioty trzeba uzyc BOSS - Bidding Online System. Masz do dyspozycji 500 eDolarow (lokalni maja 100, dlatego nas nienawidza - oczywiscie przenosnia - ale faktem jest, ze, o ile oni musza podzielic 100 dolarow na 4 albo piec przedmiotow i to tak, zeby sie na nie dostali (bo zawsze moga zostac przelicytowani), my mozemy na kazdy z przedmiotow postawic ich maksa, takze nie oszukujmy sie - nie sa tym zachwyceni :) ) ale exchange zawsze maja latwiej, u nas w koncu tez tak jest, takze, no, ten - no big deal. W kazdym razie jest duzo przedmiotow, ktore sa po prostu zajebiste. Zajecia tu wygladaja zupelnie inaczej - nacisk jest polozony na praktyke, nie ma egzaminow, na ocene sklada sie uczestnictwo w zajeciach, projekt indywidualny, projekt grupowy (najwazniejszy), obecnosc nie. I te projekty sa najlepsze, taka duza, semestralna praca, np mamy przedmiot, ktory sie nazywa experiences in small business consulting i tam musimy znalezc jakas firme w singapurze, umowic sie na formalne spotkanie z przedstawicielem, zidentyfikowac problemy w firmie, opracowac sposoby ich rozwiazania i przedstawic je w postaci praktycznego planu i w firmie, i w szkole. Nauczyciele sa wymagajacy, ale fair - stawiaja sprawe jasno - to jest Wasz czas i nie stosujemy tutaj zadnej taryfy ulgowej - a poziom zajec (nie wszystkich, takie typowo akademickie, od ktorych chcesz uciec, tez sie zdarzaja) jest tak fantastyczny, ze Ty sie nawet cieszysz, ze sa tak wymagajacy, bo wiesz, ze na maksa duzo sie nauczysz. Ja mam nadzieje, dostane te kursy, na ktore zabidowalem (jutro beda wyniki), wtedy mialbym zajecia tylko we wtorek i w srode, ale za to na maksa duzo, i bylyby to Retailing and Distribution Management, Sports Marketing, Experiences in SBC i Communication Strategies albo cos zblizonego, nie pamietam nazwy, a w przypadku Karola Investment Banking, Computer as an Analysis Tool, Experiences in SBC i Analisys of Fixed-income Investments, wszystkie super, takze od razu widac, ze Karol studiuje finanse, a ja zarzadzanie :-)

Takze szkola jest bardzo wazna czescia naszego pobytu tutaj, a wrazenie, jakie mozna odniesc, ze tu tylko impreza, spowodowane jest bogactwem wszelkiego rodzaju mozliwosci tutaj. Po prostu tu jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, ze kazdego dnia dzieje sie cos totalnie innego i mamy nadzieje, ze tak bedzie przez caly nasz pobyt tutaj.

A jeszcze nawet nie zaczelismy podrozowac!!!

Dobrze, mysle, ze jak na jedna aktualizacje to wystarczajaco duzo napisalem, nie bede Was zameczal, rzuccie jeszcze okiem na fotki i zabierajcie sie za jakies ciekawsze zajecia niz czytanie jakiegos glupiego bloga. See ya!








tak mi sie podoba ten budynek, ze koniec! masz wrazenie, ze tam na czubku jest ostry jak szpilka!













zadowolony z zycia Karol













nasze typowe sniadanko w sleepy sam's - slodkie jak cholera - maslo orzechowe, marmolada, tosty, owoce, kawa z mlekiem.




nie ma startu do chleba z bigosem













karol chillout w metrze










nasze buddies - Cheryl i Dorlisa



(wiem, wiem... :D)








widok z okna naszego mieszkania :)













zycie w Singapurze bywa naprawde stresujace











pora deszczowa, slonca nie ma, w lutym sie opale :)
















Raymond, agent do zadan specjalnych
















Andrea i jedna z jego min. To nie jest uchwycony moment, on potrafi mowic z takim wyrazem twarzy przez dwie minuty :D









nasza kuchnia (jeszcze ze starym piekarnikiem i kuchenka)

















nasz salon - internet cafe

more living than room :D










pokoj Andrei - bez komentarza :DDDDDD














gregory's room










J&K room









i jeszcze kwestia techniczna - jezeli ktos chce dodac komentarz, blogger.com wymaga zarejestrowanego konta. Takze jak ktos ma ochote to

username: commentmaker2005
password: comment

see ya!



ps

z ostatniej chwili:

Karol otworzyl szafe w salonie, a z szafy wyskoczyla jaszczurka.