Carmit's Bday party oraz pierwsze odwiedziny MoS
Obydwoma rekoma podpisuje sie pod tym wszystkim co do tej pory napisal Jurek, zwazajac na okolicznosci w jakich pisze ta relacje (odbrobine zmeczony po wczorajszej imprezie w ministry of sound odpoczywam sobie nad basenem popijajac zimnego red bulla;) ) podobnie jak przyjaciel Jurek uwazam ze calkiem niezle wybralismy miejsce na poszerzanie i internacjonalizacje naszego wyksztalcenia :)
A teraz kilka slow o imprezie urodzinowej naszej kolezanki z Izraela Carmit. Nie wspominalismy jeszcze o Carmit w naszym blogu, w sumie to w naszych relacjach beda sie pewnie przewijaly rozne dziwne imiona innych studentow dlatego co ciekawsze przypadki postaramy sie opisac co nieco. Otoz Carmit rozpoczela swa azjatycka przygode juz w sierpniu ubieglego roku i zostala z nami na drugi semestr dlatego tez miala wystarczajaco duzo czasu aby nabrac doswiadczenia w singapurskich klimatach i czasami potrafi sluzyc nam dobra rada. Pierwszy raz spotaklismy ja na naszym grillowaniu podczas drugiego dnia pobytu w Sleepy Sam's. Carmit, hmm, jakby tu powiedziec nie da sie nie zauwazyc albowiem dziewcze urodziwe ma okolo 2 metrow wzrostu wiec na tle dosc niskich azjatow wyglada jak zyrafa;) Na pierwszy rzut oka myslalem ze izraelska reprezentacja siatkarek jest w singapurze i wszyscy do dzisiaj zastanawiaja sie ile Carmit ma wzrostu a chyba poprostu powinnismy zapytac. Carmit ma jeszcze jedna wyjatkowa ceche, otoz jest pol polka i byla w Polsce na jak ona to nazwala "most depressing trip ever". Ale nic dziwnego albowiem ogladali obozy koncentracyjne ;(
No wiec wracajac do tematu, w srode 10 stycznia byly Carmit urodziny dlatego tez zaprosila nas na mala imprezke urodzinowa do swojego mieszkania. Jak zwykle wspaniale zoorganizowani dotarlismy na nia z 1,5 h opoznienieniem;) Tym razem jednak nie bylo spowodowane ono naszym lenistwem ale fizycznym brakiem czasu. Zajecia w szkole mielismy od godziny 8:30 do 19:00 i zanim dotarlismy do domu byla 8:00 a imprezka zaczela sie o 20:30. W miedzyczasie opuscilismy szkole aby doswiadczyc spotkania z jednym z moich guru inwestycyjnych panem Georgem Sorosem, ktory w drodze do Indonezji , gdzie wizytuje swoja fundacje odwiedzil na chwile Singapur i wzial udzial w dyskusji panelowej zorganizowanej glownie dla studentow z Singapuru. Tematem spotkania byla idea otwartych spoleczenstw ktorej holduje i wspiera licznymi dzialaniami i srodkami finansowymi pan Soros. Ogolnie ciekawe doswiadczenie moc na zywo podziwiac czlowieka ktory osmieszyl i narazil na straty ponad 2 mld US$ bank cetralny UK, niestety ani slowem nie wspomnial o finansach. No moze tylko tyle ze zaczal zarabiac pieniadze aby zyc a po tym jak juz odniosl sukces poprostu nie mogl przestac;) Ogolnie spotkanie perfekcyjnie zorganiozowane, ciekawi goscie i przesympatyczny i bardzo inteligentny moderator, ktorego nazwiska niestety nie pamietam.
No tak, ale wracajac do glownego watku wyjatkowo nie mielismy problemow z zaopatrzeniem sie w srodki rozweselajace albowiem we wtorek odbylismy z Jurkiem podroz na litnisko aby odebrac co nasze;) Szkoda ze nie mielismy aparatu bo mina celnika na widok Jurka niosacego karton kolorowych butelek trafila by na okladke Nie do wiary...
No wiec zaopatrzeni w to co najlepsze z Polski (niezbedny skladnik koktajlu potocznie zwanego szarlotka) oraz norodowy kubek Polska (na predce wymyslony prezent dla Carmit, kupiony wstepnie jako prezent dla naszych Buddies na Okeciu) ruszylismy do mieszkania kolezanki, ktore okazalo sie byc bardzo sympatyczne (3 poziomy, czysto, schludnie i dosc nowy budynek) ale ma swoje negatywne strony : jest chyba 20 min drogi taksowka od centrum. Na miejscu przywital nas rozentuzjazmowany tlum, ktory bawil sie juz od dluzszego czasu. Carmit byla zszokowana kubkiem ktory otrzymala od nas w prezencie wspolne z kwiatami od naszych wspolokatorow ale jeszcze bardziej ucieszyla sie na widow Żubra na etykiecie pewnego trunku. Okazalo sie ze doswiadczyla wczesniej tego jakze polskiego eliksiru mlodosci i sil witalnych i czym predzej ruszyla po szklanki aby powtorzyc to doswiadczenie...
Ogolnie na imprezce bylo sporo sttudentow z calego swiata takze bardzo ciekawie wypadl moment zdmuchiwania swieczek z tortu, po ktorym reprezentanci kazdego obecnego narodu spontanicznie zaczeli spiewac Happy Birthday w narodowym jezyku. Z tego co pamietam uslyszelismy ten jakze popularny biesiadny utwor w nastepujacych jezykach : chinski, angielski, szwedzki, hiszpanski, wloski , francuski, norweski oraz oczywiscie polskie Sto lat albowiem nie wiedzielismy jak spiewac Happy... po polsku.
Impreze opuscilismy dosc wczesnie, kolo 2330 z zamiarem odwiedzenia Ministry of Sound (lokalnie MOS albowiem w Singapurze wszyscy uzywaja akronimow nagminnie, School of Business to SoB a gdy slyszymy NSR oznacza to Networked Seminar Room). Pierwszy atak na MOS mial miejsce w sobote i zakonczyl sie tym ze poprosilismy pana taksowkarza aby nas zawiozl na miejsce po czym zobaczylismy 400 metrow kolejki przed wejsciem i ta sama taksowka pojechalimsy gdzie indziej, a byla godzina 21:40! Tym razem zatroszczylismy sie o skutecznosc proby (Greg poznal dzien wczesniej lokalnych Expatow, ktorzy polowe zycia spedzaja w klubach) wiec weszlismy do srodka z listy, co bylo bardzo mile zwazajac na fakt ze bilet kosztuje srednio 50zl! Sam klub,hmm, ogromny, mogacy pomiescic 400o osob bardziej przypomina mi maszynke do zarabiania pieniedzy niz klub. W skrocie : 4 parkiety (glowny, hh/rnp, studio 54 czyli 70s oraz moj ulubiony o nazwie pure czyli chilli oraz house) naglosnienie za 1mio dolarow, sciana wody dzielaca parkiet glowny na pol na ktorej rzucane sa wizualizacje, klatki, sale prywatne oraz sky room lounge dla lokalnych i przyjezdnych szejkow, ktorzy rozkoszuja sie ogladaniem rozentuzjazmowanego tlumu zza luster weneckich popijajac szampana. Ogolnie wyjatkowo nie bylo tlumow choc byla to sroda czyli Girl's Night (panie nie placa za bilet i z reguly otrzymuja free lub well discounted drinks) a wiadomo gdzie panie tam i panowie...wiec srody sa poczatkiem weekendu w Singapurze. Muzyka, hmm, main floor komercyjne pop hity, pure mile vocal housy. Pure to jedyna rzecz ktora pobudza moje spaczone poczucie smaku odnosnie klubow. Pierwsze wrazenie po wejsciu jest niesamowite, cale miejsce razi biela, od koloru scian po super wygodne sofy, fotele i materace, ogolnie chcialbym zobaczyc taki lounge w Warszawie, pieknie. Muzyka bardzo mila, lokalny rezydent gral slodkie vocal housy, nu jazz i mile dla ucha dzwieki. Takze ogolnie MoS nas wszystkich zawiodl na calej linii : poczynajac od cen biletow, napojow przez klimat, a wlasciwie jego brak po muzyke. Przyzwyczajeni do milych, klimatycznych klubow stolicy nie moglismy odnalezc sie w klubowym suermarkecie, bo do tego moge porownac MoS, ktore nota bene zostalo otwarte w Singapurze 4 tyg. temu i jest najwieksze na swiecie. Wiec wszyscy oprocz Grega powrocilismy po bardzo dlugim dniu do domu, popluskalismy sie w basenie (my love) i polozylismy grzecznie do lozek. A to byl dopiero pierwszy dzien naszego dlugiego weekednu...
Odnosnie klubow napisze kiedys dluzsza relacje, ale musze jeszcze troszke pobiegac po miescie aby miec szersza perspektywe. Z tego co do tej pory doswiadczylismy jesli jestes zwierzakiem imprezowym omijaj Singapur szerokim lukiem...
P.S. Pocieszajacy jest fakt iz nad wejsciem do MoS zauwazylem piekny i znajomy baner : Hed Kandi : monthly residency ilustrujacy nowa plyte The Mix 2006 a Kandi Party ma byc w piatek...we will see.
To tyle, mam nadzieje ze nie przynudzalem za bardzo i jeszcze nie spicie i do nastepnego posta.Pozdrawiam.



















