J&K away

Friday, March 03, 2006

Bali 3

Witaj!!!!

To jest najdłuższy wpis, jaki kiedykolwiek tu był, także musieliśmy go podzielić i to, na co teraz patrzysz, to jest ostatnia część. Spójrz na prawą stronę strony, zjedź trochę na dół, tam masz PREVIOUS POSTS i zacznij czytać i oglądać od Bali 1.

Pozdro i miłej lektury! :)


I jeszcze jedna partia fotek (ostatnia) z Bali, głównie z ostatniej nocy na Bali.



Ludzie z PR z klubu, w którym się bawiliśmy




my i Beno, jeszcze jeden od PR



Żywioł



Agatka i Maciek !



J and K away !


Tutaj już tylko K is away, J is back :D


Piotruś Pan i Górujący Maciek


yeaaa!



Boski Piotr Z.


:-)


ekipa Bali 2006 !


Piotr nie lubi, gdy pomija się go na zdjęciach.


Przeprawa przez basen


Niektórzy mówią, że kraj, w którym się mieszka, wpływa w jakiś sposób na to, jak człowiek się zachowuje, jak mówi, jak się ubiera itp. My z Maćkiem uważamy, że to kompletna bzdura.


Bali 2006 team w komplecie!


Zbieraj punkty!


Tym spojrzeniem Karol zahipnotyzował kobrę w singapurskim zoo, za co teraz ma problemy natury prawnej.
















Goście honorowi konferencji G8, Singapur 2006, Swiss Hotel



Kolega z Koźmińskiego, z którym spotkaliśmy się akurat na Bali - POZDRO MICHAŁ!!! :)

KONIEC RELACJI, dziękujemy za cierpliwość, do usłyszenia wkrótce !

Bali 2

Ale ale. Chronologię trochę pomieszałem. Zanim dotarliśmy do naszego hotelu, spędziliśmy jedną noc w miejscowości Kuta, najbardziej rozrywkowym mieście na Bali. Przylatywaliśmy wieczorem i nie chciało nam się jechać od razu do InterContinentala, bo on jest w miejscowości Jimbaran, a my lądowaliśmy w Despasar (i wszystko jasne, nie? :)). W każdym razie na jedną noc zatrzymaliśmy się w jakimś hotelu w tej Kucie całej, gdzie od razu po zainstalowaniu się
ruszyliśmy na obchód miasta. Obchód jak obchód, zatrzymaliśmy się w pierwszym lokalu. A wiecie, czemu zatrzymaliśmy się tak szybko? Dolary przeciw orzechom, że nie zgadniecie. Otóż zatrzymaliśmy się w pierwszym otwartym lokalu na Bali, wymarzonej wyspie milionów turystów na całym świecie, wakacyjnym raju w Indonezji, gdzie czas płynie wolniej, a słońce nigdy nie zachodzi, bo padało. Tak, PADAŁO. Lało właściwie jak z cebra, najprawdziwsze oberwanie chmury. Okazało się, że teraz na Bali A) jest poza sezonem i absolutnie nie ma ludzi, Australijczycy, główna grupa turystów przyjeżdzających na Bali, mają lato i siedzą u siebie i B) czasami pada. Czarnowidztwo paskudne, bo że żadne z powyższych nie okazało się prawdą, ale miny nam trochę tego pierwszego wieczoru zrzedły. W każdym razie

AAAAAAA!!!!!! Zapomniałem!!!!

Wybacz, musimy się cofnąć raz jeszcze. Tym razem do momentu wylądowania na Bali. Najpiękniejsza historia naszego pobytu. Nazwijmy ją

"Jak przeprowadzić perfekcyjny small-talk?"

występują:

Karol Kuczwalski

celnicy z Bali


Scena rozgrywa się, nietrudno zgadnąć, na lotnisku. Samolot ląduje, my, podążając za radą globtrotera Piotrka, który już na Bali był, ustawiamy się bardzo blisko wyjścia z samolotu, bo podobno kolejka po wizy, które trzeba kupić w Indonezji, tworzy się błyskawicznie, także stoimy zaraz koło drzwi. Wychodzi pierwsza klasa, my czekamy.

TERAZ!

Wychodzimy. Nie biegiem, ale bardzo szybkim krokiem wychodzimy przez rękaw i lecimy w stronę stanowisk, przy których kupuje się wizy. Po drodze każdy z nas zostaje obwąchany przez psa policyjnego. Niuch-niuch, czysty, lecisz. Lecimy. Doświadczenie mamy, w Warszawie mieszkamy, jak się centrum handlowe jakieś otwiera i w elektromarkecie jest promocja, to też trzeba ludzi szybko omijać, także pędzimy i dryblujemy między zdezorientowanymi Indonezyjczykami niczym Alberto Tomba między tyczkami na trasie slalomu w czasach swojej świetności. Docieramy do okienek. Pierwsi.

Okazuje się, że kolejki nie ma, także atmosfera ulega natychmiastowemu rozluźnieniu. Stoimy my - Alek, Piotrek, Karol i ja naprzeciwko dwóch celników, którzy już z daleka błyskają w naszą stronę swoimi białymi (bo na tle ciemnej twarzy) zębami, wołają i machają przyjaźnie "Chodźcie, tutaj!". No więc my podchodzimy, cali w skowronkach, bo nie dość, że wreszcie wylądowaliśmy i jesteśmy w końcu NA BALI, kurde!, to jeszcze wyprzedziliśmy wszystkich, zaraz dostaniemy wizy i pojedziemy do hotelu, w dodatku ci tutaj tacy przyjaźni i mili, uśmiechają się i w ogóle
, więc cali zadowoleni podchodzimy, oni cali zadowoleni na nas patrzą, uśmiechają się i mówią:

Strażnicy: Witamy Was bardzo serdecznie na Bali!
My: To my się cieszymy, że możemy tu być!
<hahaha>
Strażnicy: Na wakacje Wy przyjechać?
My: Tak, na wakacje!
<hahaha>
My: A z pogodą jak? Dobrze?
Strażnicy: Tak! Dobrze! Dobrze!
My: A z oceanem jak? Dobrze?
Strażnicy: Dobrze! Dobrze!
My: A z dziewczynami jak? Dobrze?
Strażnicy: Dobrze! Dobrze!!

<na tym etapie rozmowa wyglądała mniej więcej tak, że o cokolwiek byśmy nie zapytali, to odpowiedziałyby nam dwie szeroko uśmiechnięte twarze wykrzykujące "dobrze! dobrze!">

teraz uwaga - kluczowy moment

Karol nonszalancko opiera się o blat i wypala:

- A z tymi bombami to jak? Dobrze?

To, co stało się po tym zdaniu, jest nie do opisania. W kraju, w którym turystyka jest absolutnie kluczową gałęzią gospodarki i w którym gałąź ta przeżywa ogromy kryzys od czasu zamachów w 2002 roku; w kraju, w którym co trzecia rodzina jest bezpośrednio lub pośrednio uzależniona od turystów, w kraju, który wreszcie przeżył ogromny szok w roku 2002, kiedy zginęło tu ponad 150 osób i odtąd każdego roku ginie ich kilkadziesiąt, bo zamachy, mimo wzmożonej kontroli, powtarzają się każdego roku i to wszystko jest olbrzymią tragedią dla mieszkańców wyspy, Karol zapytał o ich największą bolączkę tonem lekkiej pogawędki z panią Krysią z Żabki. Wyobraźcie sobie reakcję strażników. Albo lepiej - wyobraźcie sobie balon. Balon, który z każdą sekundą staje się większy i większy, aż w końcu jest tak olbrzymi, że nie widzisz nic poza nim. Niech ten balon symbolizuje życzliwość i otwartość indonezyjskich celników. W momencie kiedy
Karol zadał Pytanie Roku, balon wypełniał cały terminal na lotnisku, także był naprężony do granic możliwości. Pytanie o bomby było igłą. A balon pękł z hukiem. Z ogłuszającym hukiem w kompletnej ciszy.

W ciągu ułamka sekundy jakikolwiek ślad uśmiechu znikł bezpowrotnie z twarzy strażników. Usta im się ścisnęły, oczy zwęziły, twarze poczerwieniały. Powietrze stało się nagle bardzo, bardzo ciężkie i gęste. Atmosfera przyjacielskiego powitania rozpłynęła się w powietrzu tak szybko, jak się pojawiła. Na parę sekund czas stanął. My zorientowaliśmy się, że Karol nacisnął niewłaściwy guzik już w momencie, kiedy te feralne słowa opuściły jego usta, ale było już za późno. Strażnicy stanęli bliżej siebie i zgodnie obdarzyli Karola spojrzeniem, przy którym wirujące diamentowe wiertło wydaje się masującą końcówką przenośnego urządzenia do masażu pleców. Po paru sekundach przerwali milczenie i powiedzieli jedyną rzecz, jaką mogli powiedzieć, poruszając tylko tymi z tysięcy mięsni twarzy, którymi musieli, żeby wydobyć z siebie dźwięk:

- no bombs. No problem.

Po czym pokazali nam ruchem ręki, gdzie mamy iść teraz, nie odzywając się do już ani słowem.

Czasami w ciągu paru sekund decyduje się całe życie. W ciągu paru sekund na Bali Karol zyskał przydomek Karol Złotousty.

OK, koniec dygresji. No więc po pierwszej nocy w Kucie, następnego ranka (1pm) udaliśmy się do naszego hotelu, gdzie to znalazłem się na granicy zapaści, bo zabrakło mi oddechu na widok tych wszystkich wspaniałości hotelowych. Zanim jednak pozwolono nam przejechać przez wielki, metalowy szlaban, kierowca musiał się zatrzymać, wylegitymować, a dwójka strażników obeszła samochód z takimi lustrami przymocowanymi do lasek, których używa się po to, żeby zobaczyć, czy pod samochodem nie ma przyczepionych żadnych bomb. W końcu doszli jednak chyba do wniosku, że nie wyglądamy na zamachowców-samobójców i szlaban się podniósł, a my wjechaliśmy na teren hotelu. Dojechaliśmy taksówką przed recepcję, gdzie pan zatoczył eleganckie półkole i stanął dokładnie przed pięknymi schodami, prowadzącymi do głównego lobby. Wysiedliśmy wszyscy, cała obsługa obecna na miejscu - parę osób - przywitało nas przeuprzejmymi uśmiechami, my wiedzieliśmy już, jakich tematów nie należy poruszać, także odwzajemniliśmy uśmiechy, jeden pan z obsługi wziął wielki młot i uderzył nim w potężny gong, na dzwięk którego zjawili się boye hotelowi, żeby wziąć nasze bagaże. Weszliśmy wszyscy do środka, za Piotrkiem, który ma Priority Club i załatwił nam wszystkim instant check-in. No więc wchodzimy, siadamy na mega miękkich sofach z egzotycznego drewna, panie podają nam bezalkoholowy koktajl w pięknych szklankach, pijemy, czekamy. Natychmiast zjawia się pani z obsługi, składa obie ręcę na piersiach w tradycyjnym indonezyjskim geście powitania, bierze od nas paszporty i znika. Znika, a my zostajemy na naszej mega miękkiej sofie z egzotycznymi koktajlami w pięknych szklankach. Dla mnie ten moment mógłby trwać wiecznie - rozglądałem się po przepięknym lobby, sączyłem koktajl i po prostu cieszyłem się, że tam jestem, także nie przeszkadzało mi - ba, nawet nie zauważyłem - że pani nie ma już od dłuższego czasu. Ale nie Piotrek. Piotrek już zauważył idealną okazję do poprawienia stanu punktów na swojej karcie Priority Club i oznajmił nam, że zaraz zrobi avanti, drugie ulubione sformułowanie Piotrka po zbieraj punkty. No więc plan Piotrka, któremu zawsze udaje się wyegzekwować to, czego żąda, był taki, że powie Pani, że jego Priority Club gwarantował mu instant check-in, a on czeka już pół godziny i co to ma znaczyć, proszę pani.. (...dalszy ciąg już znacie). To wszystko (zapowiedź avanti pod nieobecność pani z obsługi) podniesionym tonem, z pełną gestykulacją - słowem Piotr przedstawił to nam w taki sposób, że wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na show właściwe. Czekamy, czekamy - o, idzie! - jest pani z obsługi. Piotrek wstaje, wszyscy wstrzymujemy oddech i słuchamy. I słyszymy, jak spokojnym, cichutkim głosem, schylony (Piotrek jest wysoki, pani niska) mówi jej coś prosto do ucha. Mówi, mówi i mówi. Trwa to jakieś dwie, trzy minuty, ta cichutka przemowa, po czym pani odpowiada Piotrkowi pięknym uśmiechem i paroma słowami, kiwa głową, Piotrek robi to samo, odwraca się i odchodzi. Nie wyglądało to na spektakularny sukces, muszę Wam powiedzieć, a na pewno odbiegało lekko od tego, co zostało nam przedstawione wcześniej. No więc Piotrek wraca do naszej mega miękkiej sofy, na której my cały czas pijemy egzotyczne koktajle z pięknych szklanek, całkowicie zrelaksowani, i zaczyna opowiadać o tym, co jej powiedział, podniesionym głosem, z pełną gestykulacją, tonem nie znoszącym sprzeciwu, tak, żebyśmy mogli doskonale wczuć się w rolę personelu, który nie wykonał swojego psiego obowiązku potraktowania tak znakomitego gościa z należytą estymą i który musi teraz otrzymać za to stosowną reprymendę. My siedzimy, lekko osłupiali, aż w końcu Maciek nie wytrzymuje i mówi:

- Piotrek, ale ty to chyba nie powiedziałeś jej tego samego przed chwilą, co? Bo mamy wrażenie, że na nas krzyczysz, a z nią sobie przyjacielsko rozmawiałeś. Lepiej powiedz nam, ile masz dodatkowych punktów? Co zyskałeś? Co Ci powiedziała?

-... ... ... ... ... no, ten .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .. ... ... ... ... ... powiedziała, że jej przykro.


hehehehe :D:D Taka mała historyjka na boku :)

A teraz kilka ciekawostek o Bali:

Bali jest najpopularniejszą z blisko 17,ooo indonezyjskich wysp. Mieszkańcy okolicznych wysp traktują ją jak osobne państwo. Nic dziwnego - dochód narodowy na mieszkańca parokrotnie przekracza tu indonezyjską średnią. Indonezyjczycy podróżujący wewnątrz własnego kraju mają prawo swobodnego przemieszczania się wszędzie z wyjątkiem Bali - żeby tam pojechać, potrzebują osobnej wizy! Swoje bogactwo wyspa zawdziecza dwóm źródłom - pamiątkom, czyli przemysłowi, ogólnie mówiąc, dekoracyjnemu, i turystyce. Bali stara się o autonomię, bo różnice pomiędzy nią a resztą wyspy są tak uderzające, że posiadanie statutu niepodległego państwapo prostu by się tu opłacało. Na razie jednak szanse wywalczenia autonomii są niewielkie.

Wbrew powszechnie panującej opinii, Bali nie jest małą wyspą. Zajmuje obszar o powierzchni 2,100 km2 (30 na 70km). Mieszka tu - uwaga - ponad 3 miliony ludzi! Połowa z nich to przyjezdni z innych części Indonezji, którzy przyjechali tu za chlebem. Na wyspie jest parę głównych miast i sporo ośrodków turystycznych, podróż samochodem z jednego do drugiego może zająć nawet 2 godziny.

Balijczycy są bardzo zrelaksowanym i leniwym narodem. Nasz znajomy sprowadza z Bali różne artykuły dekoracyjne i mówi, że jeżeli na Bali powiedzą i przysięgną mu, że towar będzie 10 kwietnia, to on już teraz wie, że przed majem nie ma co na niego liczyć. 31 marca jest tu oficjalne Święto Narodowe, dzień wolny od pracy i najważniejszy dzień w roku. Dwa tygodnie przed Balijczycy przygotowują się do święta poprzez szereg mniejszych świąt tak, żeby w Święto Roku wejść dobrze przygotowani, a po Święcie przez dwa następne tygodnie powoli wracają do stanu normalności, również za pomocą szeregu mniejszych świąt. Czyli po prostu przez miesiąc sobie Balijczycy świętują i wszystko, oprócz własnego dobrego samopoczucia, mają w głębokim poważaniu.

Inną ciekawostką jest to, że po śmierci bliskiego Balijczycy skłądają jego ciało w małym, specjalnie na tą okazję skonstruowanym, plecionym domku z tyłu domu, zwanym gazebo, żeby jego dusza miała czas na rozmowę z duchami i rozliczenie się ze wszystkich spraw doczesnych. Ciało leży tam miesiąc, w tym domku, praktycznie na zewnątrz, bo domek jest prowizoryczny. Potem krewni grzebią je w ziemi. Dość łatwo można wyobrazić sobie konsekwencje pozostawienia ciała na miesiąc na dworze w tropikalnym klimacie. Niemniej jednak jest to lokalna tradycja warta opisania.

W czterech rogach Bali znajdują się cztery świątynie. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowaną przez hotel i jeździliśmy sobie po całej wyspie busem InterContinentala ;), także mieliśmy okazję zobaczyć dwie z tych czterech świątyń. Mieliśmy również okazję zobaczyć zapierające dech w piersiach tarasy ryżowe. W ogóle nie wiedziałem, że ryż rośnie w wodzie. Dzięki obecności dwóch zapalonych fotografów - Alka i Karola - dysponujemy tyloma pięknymi zdjęciami, że naprawdę nie mogliśmy zdecydować, które zamieścić, a z których zrezygnować - ze względów objętościowych nie mogliśmy pokazać Wam tylu, ile chcielibyśmy. I tak dochodzą mnie słuchy, że strona otwiera się niektórym bardzo, bardzo wolno. Pakujemy zdjęcia, ale i tak struktura bloga, to, że cały bieżący miesiąc wyświetla się od razu na stronie głównej, nie pozwala na zbyt efektywne zarządzanie zawartością, także ludzie z wolniejszym połączeniem najprawdopodobniej będą mieli małe problemy z płynnym otwieraniem się strony.

No ale nic. Zaczynamy sesję z wycieczki krajoznawczej po Bali:



Wejście do pierwszej świątyni

s
Przed wejściem mała uwaga do Pań


chillout, co?


Gdy podziwialiśmy te widoki, towarzyszyła nam absolutna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i ciężkie, rozgrzane powietrze


A poniżej już zdjęcia z drugiej świątyni:

Zdjęcie z dystansu - to wyglądało na oświadczyny albo przynajmniej jakąś grubą romantyczną akcję, dlatego to uwieczniliśmy




fotografowie - ja ukradłem na chwilę sprzęt Alka

Karol pod skosem

Ja, Karol i kij.


Zielone banany i różowy lans - comment by Karol


dla wiernych czytelników - coś jakby katamarany na Boracay, co? :)

















Nic dziwnego, że w takich miejscówkach budują świątynie - taki widok z mojego domku letniskowego na emeryturze poproszę

























pomnik porośnięty korzeniami
























ścieżka
























drzewka

















kaplica na wodzie
























druga kaplica na wodzie, tym razem spiczasta

A teraz zdjęcia z drogi od drugiej świątyni do tarasów ryżowych:
















dokąd zaprowadzi mnie życie?

























Droga wąska, zakręty ostre, samochód stary, kierowca ambitny - strach w oczach

















jedno z moich ulubionych zdjęć - chłopiec z piłą. Kawałek prawdziwego indonezyjskiego życia.

















Ten dziadek jest mistrzem świata!!! Kto oglądał Karate Kid????

















Just In Time delivery po indonezyjsku.

















Ale jaja!

















Kocham to zdjęcie.


Poniższe dwie fotografie są pozowane i powstały jedynie dla celów satyrycznych:

















Och, jakie ciężkie i niewygodne jest to życie. Nie dość, że InterContinental nie zapewnił vana z masażem w fotelach, to jeszcze odświeżające chusteczki, które nasz hotelowy kierowca podał nam pośrodku pól ryżowych, miały nieodpowiednią temperaturę...

















no naprawdę... przez co my musimy przechodzić..

:-))))))))))))))))))))))

















To już standardowy obrazek z naszych podróży - centrum dystrybucyjne Coca-Coli


































T
ak pewnie powstała ptasia grypa

















Pola ryżowe wcale nie muszą być tarasami ryżowymi, mogą być normalnie "w poziomie" :) - widok z drogi

















A to już właściwe tarasy ryżowe - niesamowity widok

















Tak są nawadniane

































jak okiem sięgnąć








































Żubr żyje w puszczy. Ryż rośnie w wodzie.
























A to już autor balansujący po cienkiem granicy między ryżem a ryżem.

















Indonezyjski tuning. Dla fanów NFS - PA RAM PAM PAM, PA RA PA RAM PAM PAM :D

Poniżej jeszcze artystyczne fotografie balijskiego kwiecia by Alek Mrozek: