To będzie krótki odcinek o tym, ile ciekawych rzeczy można zrobić w przeciągu 48 godzin.
W czwartek, 2 marca, wstałem wcześnie (ale nie AŻ tak wcześnie znowu, bo czwartek jest po środzie, a w środę już chyba wszyscy czytelnicy pamiętają, że w Singapurze jest dzień imprezowy), zjadłem coś i zacząłem szykować się do wyjścia z domu. To miał być bardzo przyjemny dzień - Asia i Bartek, kolejni goście z Polski, tym razem moi - lądowali w Singapurze o 16.30, także nie mogłem się doczekać, aż ich zobaczę. Plan był taki - odbieram ich, jedziemy do mieszkania, idziemy zobaczyć trochę Singapuru, a wieczorem bierzemy pociąg i jedziemy na parę dni do Malezji do dżungli. Machinalnie wszedłem jeszcze na stronę lotniska, żeby sprawdzić, czy lądują o czasie - szósty zmysł, okazało się, że mają 3-godzinne opóźnienie, czyli lądują o 19.10, a pociąg odjeżdza 21.05. Pięknie, położyłem się spać na dwie przepiękne godziny, wstałem i wyszedłem.
Singapur jest małym państwem, na mapie wygląda jak kropka w porównaniu do wielkich sąsiadów, nie jest jednak aż tak mały, żeby podróż na lotnisko nie była wieeeelką wyprawą. Różne linie metra, przesiadki, minimum godzina w jedną stronę. Bez picia - za picie na terenie metra, na stacjach, w pociągach, wszędzie, grozi kara 1000zł. Po imprezie. Na lotnisku zmiana terminala - czyli następny pociąg, potem 34 różne schody ruchome, przejścia i korytarze i w końcu, po jakichś 2h od momentu wyjścia z domu, znalazłem się przed wyjściem nr 21, gdzie Asia i Bartek niedługo ukażą się moim oczom.
Znalazłem sobie pięknie miejsce do siedzenia, takie trochę dalej od wyjścia, ale widziałem wszystko doskonale, i usiadłem. 19.10. Samolot dotknął kołami ziemi. Według moich obliczeń, powinni pokazać mi się najwcześniej koło 19.35, nie później jednak niż 19.50. Jeżeli weźmie się pod uwagę, jak długo trwa przejście przez signapurską granicę, zwłaszcza, kiedy przekracza się ją po raz pierwszy i nie wie się, gdzie jest krócej, szybciej i lepiej pójść, szanse zdążenia na pociąg do dżungli malały dramatycznie. A z pociągiem jest taka akcja, że to dżungli jeżdzą dwa na dobę, o 8 rano i 9 wieczorem, a że pociąg jedzie 8 godzin, nie ma sensu brać tego rano, bo traci się cały dzień, dużo lepiej wziąć ten wieczorny i spać w pociągu.
No więc siedzę tam, siedzę i siedzę, nie mam do kogo gadać, także moje myśli zaczynają wędrować po różnych dziwnych obszarach. Patrzę na zegarek - 19.40. Powinni być lada chwila. Ludzie wychodzą już od jakiegoś czasu, biorą walizki, wychodzą przez bramki, witają się z bliskimi i rozpływają się gdzieś w anonimowym, lotniskowym zgiełku. Ja czekam. Tłum czekających przed wejściem powoli zaczyna się rozrzedzać. 19.50. Ja siedzę po turecku w moim fajnym miejscu, koło fontanny, słyszę plusk wody, także w ogóle się nie denerwuję, powoli godzę się z faktem, że nie zdążymy na pociąg dzisiaj i pojedziemy do dżungli jutro, siedzę i myślę sobie coś w rodzaju "Nie sztuką jest powiedzieć sobie, że umiem czekać, po pierwszych pięciu minutach. Im dłużej siedzisz i czekasz, tym bardziej poznajesz prawdziwą naturę czekania" (wydaje mi się, że to pozostałości z książek Ludluma i Forsyth'a, którymi żywiłem się w latach młodości :), o wszystkich tych zabójcach i komandosach, wytrenowanych w czekaniu bez drgnięcia przez kilka dni, nie wiem). W każdym razie nie denerwuję się, nie chwytam za teledon (
gdyby mieli jakiś problem, na pewno by zadzwonili), siedzę i rozmyślam. 20, 20.10, 20.15. Dzwoni Karol - gdzie oni są? Jaki plan? - nie wiem, nie ma ich jeszcze. Siedzę. O 20.30 zacząłem myśleć, że może powinienem przestać koczować koło tej bramki nr 21, przy której są już tylko ludzie czekający na przylatujących z Taipei i Dżakarty, a Amsterdamu nie ma już nikogo, lot nawet nie jest już wyświetlany na tablicy, i wyobrażać sobie, że jestem jakimś kurde wytrenowanych pustynnym mnichem-zabójcą (bo siedziałem tam bez drgnięcia, naprawdę :D) i zadzwonić do nich.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zadzwoniłem do Asi i pytam się:
- Cześć, gdzie jesteście?
- Heeeej! W autobusie, a czemu?
- eeee.. w jakim autobusie?
- no, na lotnisko?
- ale przecież wszyscy z waszego lotu już wyszli!
- Jurek, o czym Ty mówisz? My jesteśmy w autobusie NA lotnisko. Zdajesz sobie sprawę, że w Singapurze będziemy jutro, prawda?
No. Tyle. Spojrzałem na numer lotu i na godzinę, a nie na datę. Nasz cały plan zwiedzania uległ przesunięciu o jeden dzień, Bogu dzięki, że niczego nie rezerwowaliśmy, a ja zafundowałem sobie pięciogodzinną wyprawę dokładnie po nic. No, oprócz wcielenia się w role pustynnego zabójcy przez moment.
Dobrze, tyle dygresji. Następnego dnia powtórzyłem dokładnie te same czynności, wyjście z domu, jedno metro, drugie metro, przesiadka, metro, lotnisko, pociąg na terminal 1, schody, korytarz, schody, bramka nr 21. Dwie godziny.
Asia z Bartkiem wysiedli normalnie, przeszli przez odprawę normalnie, spotkaliśmy się i od tego momentu zaczyna się te 48 godzin, które będę w tym wpisie opisywał.
Początkowo mieliśmy spędzić w dżungli 5 dni - koleżanka z Kanady, Julie, mówiła nam, że dżungla jest niesamowita, jest tam tyle rzeczy do zobaczenia, że i 5 dni nie starczy - liany, goryle, rzeki, wodospady, słowem - Tarzan.
No więc Bartek i Asia bezpośrednio po wylądowaniu w Singapurze pojechali do naszego mieszkania, zostawili rzeczy, wyszliśmy coś zjeść i po 3 godzinach po postawieniu stopy na singapurskiej ziemi, a 16 godzin od momentu wystartowania z zaśnieżonej Polski, wszyscy - Asia, Bartek, Karol i ja - wsiedliśmy do pociągu do Malezji.

Tak wyglądał nasz pociąg
O 3.39 pociąg miał przyjechać do miejscowości Jerantut, gdzie mieliśmy czekać do 8.30, żeby wziąć autobus do Taman Negara, czyli do dżungli. Nie mieliśmy pojęcia, co będziemy robić przez 4,5 godziny na jakiejś opuszczonej stacji w Malezji, ale nie mieliśmy wyboru. Okazało się, ku naszemu wielkiemu szczęściu, że pociąg się spóźnił i do Jerantut dojechał o 6.30. Na miejscu okazało się, że nie trzeba wcale brać autobusu, na który faktycznie trzeba czekać do 8.30, ale można z usług transportowych oferowanych przez lokalnych przewoźników, czyli, z polskiego na nasze, zapłacić 25 zł za samochód, któy zawiezie nas na przystań, z której weźmiemy łódkę, którą dopłyniemy dokładnie do dżungli. W międzyczasie poznaliśmy Svena, globtrotera z Niemiec, także byliśmy teraz w piątkę. Oczywiście zdecydowaliśmy się na opcję intensywnie promowaną przez lokalnych przedstawicieli branży turystycznej (czyli pijaczków-kierowców, którzy wrzeszczeli, żebyśmy wzięli ich auto a nie tego obok). Koniecznie musicie zobaczyć zdjęcia samochodu, którym jechaliśmy. Prędkościomierz zatrzymywał się na 40, wszystko się trzęsło, latało, skrzypiało - nie mogłeś być pewny niczego.

Oto i to cudo
Wsiedliśmy, Sven, jako największy, usiadł z przodu, my w czwórkę (Asia w poprzek leżąca na kolanach wszystkich) z tyłu. Kierowca ruszył, silnik zawył, samochód zajęczał, ale ruszył. Kierowca, wyróżniający się m.in. brakiem dwóch przednich zębów, który to brak permanentnie eksponował przez szeroki uśmiech, zatrzymał się po dwustu metrach, wysiadł i powiedział, że on to musi się napić. Poszedł i po paru minutach wrócił. Na pytanie Svena, czego się napił odpowiedział - uwaga - cytat wyjazdu:
Sven: What did you drink?
Driver: Rice wine.
S: Rice wine?!
D: Aa! Cannot drink, cannot drive!
Po czym skoncentrował się na jeździe, a jechał tak, że mieliśmy wszyscy serca na ramieniu. Nie wiem Mamo, czy poczułaś jakieś ukłucie w sercu w piątek 3 marca koło północy, ale były momenty, kiedy naprawdę byliśmy blisko granicy wytrzymałości i wyrywały nam się z ust zduszone okrzyki.
Cannot drink, cannot drive.
Jakimś cudem jednak dojechaliśmy na miejsce, czyli na przystań łodzi gdzieś w środku Malezji, gdzie zjedliśmy śniadanie w pięknej, lokalnej knajpie, połączonej z domem, gdzie obsługiwała nas lokalna rodzina, pani bez zębów, córka bez zębów, widać, że silne kobiety, nauczone życia. Zaserwowaliśmy sobie miejscowe specjały, czyli jakieś ryże i makarony z różnymi wynalazkami, od kwiatów po części zwierząt (a wypada przypomnieć, że była wtedy może
7, także Asia i Bartek nie byli w Azji nawet 12 godzin), po czym kupiliśmy bilety na łódź, opłaciliśmy licencję na robienie zdjęć (5zł od osoby) i uiściliśmy opłatę za wstęp do dżungli (1zł od osoby) i popłynęliśmy w siną dal rzeką w kolorze błota, wijącą się przez najprawdziwszą dżunglę.

nasza łódka
Po drodze, w rzadkich momentach, kiedy nie spałem (a podróż trwała 3 godziny), widziałem fantastyczne widoki, jak np wielkie jaszczury czy stada dżunglokrów pasące się na brzegu rzeki, czy małpy skaczące sobie po czubkach drzew - ale potem znowu zasnąłem i kiedy zostałem obudzony, a spałem naprawdę głęboko (noc w pociągu nie należała do najprzyjemniejszych), zajęło mi parę chwil, żeby zrozumieć co i jak, dlaczego jestem na jakiejś łodzi, dookoła mam jakąś dżunglę, właśnie przybiłem do jakiegoś brzegu, na którym stoją jacyś dziwni ludzie i się na mnie patrzą. Ale potem przypomniałem sobie wszystko. Jestem w dżungli, no tak.
Historyjka o miejscowym podejściu do czasu i pracy. Wysiedliśmy z łodzi i skierowaliśmy nasze kroki do Tourist Information Center. Tam złapaliśmy jakiegoś chłopaka i zapytaliśmy go o noclegi. Po uściśleniu naszych oczekiwań finansowych, znaleźliśmy interesujące nas miejsce. Zapytaliśmy, czy na pewno mają wolne miescja, czy może to sprawdzić, żebyśmy nie szli po nic, bo jest tak gorąco, że nie chce nam się żyć, jesteśmy po nocy w pociągu, rajdzie z pijakiem i spływie błotną rzeką, chcielibyśmy się umyć i wrócić do życia, a nie chodzić w kółko od jednego hostelu do drugiego. On na to, że oczywiście, może to sprawdzić, dajcie mi chwilkę, zadzwonię. Po czym podnosi słuchawkę, wykręca numer - coś nie działa, odkłada słuchawkę, podnosi ją z powrotem, wykręca - jest połączenie - przez jakieś dwie minuty rozmawia z kimś, po czym odkłada słuchawkę. Nie jest pewien, osoba, z którą rozmawiał, nie jest w stanie udzielić mu wiarygodnej odpowiedzi (pewnie następny pijaczek-kierowca :) ). W takim razie on tam pojedzie i się dowie, a my sobie usiądźmy i poczekajmy chwilę. OK. No więc chłopak bierze motor, odpala go, wycofuje spomiędzy innych motorów, wjeżdza na drogę i znika. My siedzimy i podziwiamy widoki, bo nie ukrywajmy, jest to pierwszy raz w dżungli i wszystko dookoła jest dla nas nowe i interesujące na tyle, że nie zorientowaliśmy się, kiedy chłopak wrócił. Miejsca są, pan na nas czeka. OK, dzięki. A daleko to jest w ogóle? Nie, niedaleko, wyjdziecie tu na drogę (i zamaszysty gest ręką, symbolizujący wyjście na drogę, która w tym momencie była może jakieś 4m od niego) i w lewo i po jakichś 5 minutach po lewej stronie, mówi.
Podążając za jego radą, wyszliśmy na drogę, co zajęło nam około 2 sekund, i zaczęliśmy iść w lewo. Po 5 minutach znaleźliśmy się w okolicy, gdzie nie było żadnego hotelu, żadnego niczego, tylko asfalt i słońce. Wróciliśmy do pierwszych zabudowań i zaczęliśmy pytać o nasz hostel. Powiedziano nam, że przeszliśmy, że trzeba wrócić. Zaczęliśmy iść z powrotem, tym razem pytając w każdym możliwym miejscu, gdzie jest Agoh Chale. W końcu udało nam się go znaleźć. Co się okazało?
Miejsce, do którego nasz przyjaciel dwukrotnie dzwonił, jechał na motorze i kazał nam iść przez 5 minut, było
20 METRÓW, płot w płot (przeszedłem i zmierzyłem, bo nie mogłem uwierzyć), od jego budki! Zanim wycofał i odpalił swój motor, dawno zdążyłby tam pójść i wrócić! Także lokalni cenią sobie swój czas i robią wszystko w tempie, które broń Boże nie wymaga od nich żadnego nadprogramowego wysiłku, niczym sycilijscy staruszkowie siedzący na ławce w cieniu drzewa oliwnego, zajadający salami z osła i kontemplujący naturę wszechświata. Nie śpieszą się generalnie :)
Po zainstalowaniu się i wzięciu orzeźwiającego prysznica, wyruszyliśmy na podbój dżungli. W ciągu paru godzin zrobiliśmy szalonym tempem (i to nie mierzonego lokalną skalą, naprawdę szalonym, bo wyruszyliśmy koło 13.30, a niektóre rzeczy zamykali koło 3, także musieliśmy się śpieszyć) Wielkie Wzgórze (nazwa nadana przeze mnie), Wielkie Błotne Kąpielisko (j/w) i Zamknięte Od Pół Godziny Mosty Linowe. Spędziliśmy w terenie cały dzień, widzieliśmy wspaniałe widoki, olbrzymie, prastare drzewa (Taman Negara, bo tak nazywa się ta dżungla, to najstarszy las równikowy na świecie, starszy niż lasy Amazonii -
nie mam pojęcia, jak niby oni to są w stanie udowodnić i czy to nie jest tani marketingowy chwyt, no ale tak mówią), liany, wielkie bambusy, no i najważniejsze - zwierzęta!! Nie były to oczywiście lwy, tygrysy ani słonie, bo też ta dżungla była troszkę turystyczna, nie, jeżeli chodzi o ludzi, bo nie było nikoguteńko
(nie wiem, skąd mi się wzięło to słowo - przyp.red.), ale były ścieżki, znaki, poza tym nie było to aż tak daleko od tej namiastki cywilizacji, z której wyruszyliśmy, a żeby spotkać te zwierzęta, trzeba zapuścić się w prawdziwą dżunglę, daleko i głęboko, ale zobaczyliśmy m.in. wielkie jaszczury, ale naprawdę wielkie, zobaczcie zdjęcia! i gigantyczne mrówki. Jak na krótką wycieczkę to bardzo dobry rezultat, bo Sven, ten globtroter, kręcił się po dżungli cały dzień i nie znalazł nic! Spotkaliśmy jeszcze, zaraz na wejściu do dżungli, jakieś kurczakopodobne coś, parę sztuk tego właściwie. Takie czarne nie wiem co, taka jakby brzydka kura. Jak nas zobaczyło, to spieprzyło w dżunglę, a że spieprzająca kura nie jest dla nas jakimś nadzwyczajnym przeżyciem, także w ogóle nie zaliczyliśmy tego do jakichś ciekawych, dżunglowych zdobyczy. Do czasu, kiedy pod Zamkniętymi Od Pół Godziny Mostami Linowymi spotkaliśmy parę Anglików, maniaków biologii i fotografii, którzy podekscytowani opowiadali nam o tym, co już widzieli, gdzie już byli, czego zdjęcia już zrobili, że już mają
motyla jakiegośjakiegoś, orangutana przedniozłotozębnego (oczywiście żartuję, chodzi o to, że koncentrowali się już tylko na ściśle określonych zwierzętach, bo te normalne już wszystkie dawno widzieli i obfotografowali) i w pewnym momencie, z książką opisującą wszystkie zwierzęta mieszkające w dżungli w ręku, westchnął głęboko i powiedział, że do pełni szczęścia brakuje mu tylko tego jednego, jedynego -
i tu zawiesił głos - ptaka, którego nigdy nie mogę spotkać - powiedział, pokazując palcem na okładkę książki, na której najbardziej prominentne miejsce zajmowała NASZA KURA!!!!!
Okazało się, że to brzydkie, spieprzające coś to jakiś mega rzadki i dobrze ukrywający się gatunek ptaka, którego ten biedak tak uporczywie szukał :) A my go tak zlekceważyliśmy :)
Także summa summarum widzieliśmy mega rzadkiego kuro-ptaka, wielkie jaszczury i gigantyczne mrówki. Zdjęcia z dżungli:



ja na pniu

zakręcone drzewo

Droga nie była łatwa

to nie był lekki spacer ;p

trzeba było używać różnych środków - na zdjęciu Karol skaczący z pnia na pień przy pomocy liany

Żeby dojść na szczyt!

Zamknięty Od Pół Godziny Most Linowy
A teraz zwierzaki!! :

Mrówka - gigant. Spójrzcie na mój palec.

Jaszczura. To nie jest zdjęcie na zoomie !
Po powrocie do naszego hotelu byliśmy wrakami. Tak wielki wysiłek w tropkialnym słońcu, bez wcześniejszego przygotowania, dał się nam wszystkim we znaki. Wróciliśmy do hotelu i tu nastąpił niespodziewany zwrot naszej podróży, mianowicie Karol i Bartek wpadli na pomysł, żeby stąd jechać. Żeby co? Żeby stąd jechać. Byliśmy w dżungli? Byliśmy. Widzieliśmy zwierzaki? Widzieliśmy. Płynęliśmy rzeką? Płynęliśmy. Chcemy spać w tych domkach z robakami? Nie chcemy.
To czemu nie pojedziemy do Kuala Lumpur?
Taki ruch w ogóle nie był planowany. KL jest jakieś 400 km od dżungli, a my na ten pomysł wpadliśmy ok 19, czyli po 7 godzinach pobytu w dżungli :). Ale dla chcącego nic trudnego. Znaleźliśmy lokalnego taksówkarza-prywaciarza, który ochoczo zgodził się dostarczyć nas do Kuala Lumpur. Na marginesie - Kuala Lumpur znaczy Błotnista Rzeka :). Przyjechał po nas około 21 i wyruszyliśmy w drogę. W tym momencie Asia z Bartkiem byli w Azji 25 godzin, przespali jedną noc w pociągu, łazili cały dzień po dżungli, a teraz spędzali drugą noc z rzędu w jakimś środku lokomocji, tym razem w samochodzie pędzącym do KL (tym razem bez wina ryżowego, ten kierowca mówił tylko "cannot smoke, cannot drive" i palił papierosy przy otwartym oknie.
Do Kuala Lumpur dotarliśmy koło 3 w nocy, znaleźliśmy jakiś hostel, w którym wszyscy padliśmy na łóżka i zasnęliśmy w ciągu paru sekund - uwierzcie mi, potrzebowaliśmy tego - wszyscy oprócz Bartka, który wziął prysznic i wyszedł doświadczać KL nocą. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że wrócił o 6, nie zobaczywszy nic ciekawego oprócz prostytutek, transwestytów i szczurów. My wszyscy wstaliśmy o 10 ( a spalibyśmy do 10 wieczorem, uwierzcie, ale nie po to dotarliśmy do Kuala Lumpur, żeby tam spać, tym bardziej, że za 7 godzin wracaliśmy do Singapuru - tym razem autobusem) i poszliśmy zwiedzać. Zobaczyliśmy najważniejszą rzecz do zobaczenia w KL, czyli Petronas Towers, do niedawna najwyższe budynki na świecie, pod którymi do Bartek oddał się swojej podróżniczej pasji, z której jest w niektórych kręgach znany, czyli skokom do fontann - niestety tu nie miał do dyspozycji żadnej spektakularnej fontanny, jedynie sztuczne, płyciutkie jeziorko, niemniej jednak skok został wykonany. Był tak szybki, że nikomu nie udało się go zarejestrować, także nie poprzemy tej opowieści żadnym dowodem, oprócz dostępnych na życzenie naocznych relacji :)


Petronas Towers

Wulgaryzmy w toalecie :D
Po Petronas Towers poszliśmy na zakupy do taniego, lokalnego centrum handlowego - Malezja słynie z podróbek - gdzie kupiłem parę DVD, które potem udało mi się przemycić do Singapuru, a poza tym straciłem portfel. Ktoś mi go ukradł, nie wiem kiedy, nie wiem jak, w każdym razie straciłem go bezpowrotnie. A dostałem go na tą gwiazdkę!! A w środku było moje nowiutkie, marcowe stypendium!!! Ja się uczę, a Malezyjczycy dostają moje stypendium!!! :// !! Jedyna rzecz, która mnie jakoś pocieszała, to fakt, że pół godziny wcześniej kupiłem sobie buty i zapłaciłem gotówką :D
Po zakupach wzięliśmy taksówkę, złapaliśmy autobus, którym dotarliśmy do Singapuru, kończąc tym samym naszą trwającą dokładnie 48 godzin podróż. W ciągu pierwszych 50 godzin pobytu w Azji Asia i Bartek, którzy już w momencie wylądowania w Singapurze mieli za sobą 16 godzinny lot, pokonaliśmy w sumie mniej więcej 1000km, byliśmy w dżungli i w Kuala Lumpur, spaliśmy w pociągu i w samochodzie i ogólnie można powiedzieć, że nie marnowaliśmy czasu. Po powrocie do Singapuru spaliśmy chyba 15 godzin, obudziliśmy się następnego dnia popołudniu.
Także, reasumując, dżungla i Kuala Lumpur, dwa kolejne punkty na mapie Azji Południowo-Wschodniej, zaliczone!