proza życia - Singapur, czwarta rano
Lojalnie ostrzegam, że w tym odcinku naszego bloga nie będzie żadnej relacji z topikalnych, dziewiczych plaż, nie będzie zagranicznych wypadów w ogóle.
Mrożących krew w żyłach przygód i kryminalnych intryg też sobie nie przypominam.
W ogóle nie będzie tutaj opisane nic wychodzącego poza schemat zwykłych, codziennych i prozaicznych czynności z życia mojego i Karola.
A mówię to Tobie teraz, z góry, żeby uwolnić się od odpowiedzialności - może niekoniecznie prawnej (chociaż nie czytałem Terms and Conditions przy zakładaniu konta na blogspot.com, także licho wie, może i), raczej moralnej w wypadku, gdybyś stwierdził, mój drogi czytelniku, że ten cały wpis jest przeraźliwie nudny i mogłeś w czasie, który na niego poświęciłeś, zrobić tysiąc innych, bardziej zajmujących rzeczy i wtedy byłby on czasem wykorzystanym bardziej efektywnie. Teraz już tego rodzaju pretensji do mnie rościć nie możesz, bo ostrzegałem :)
Jeżeli jednak - z powodów znanych tylko Tobie - zdecydujesz się kontynuować lekturę, dowiesz się, jak wygląda zwykłe życie w Singapurze, co, wg mnie, może okazać się nawet w miarę ciekawym przeżyciem zarówno dla Ciebie, jak i dla mnie, z kilku powodów:
Po pierwsze, choć po lekturze ostatnich paru wpisów możesz mieć inne wrażenie, nasze życie tutaj nie składa się jedynie z egzotycznych podróży i przyjemności, a że misja bloga, pierwotnie zawierająca się w zdaniu Niech rodzina wie, co się u mnie dzieje, ewoluowała na przestrzeni czasu w kierunku dostarczania szeroko pojętej rozrywki coraz większemu gronu ludzi, postanowiłem opisać Ci, jak się tu normalnie żyje, co się robi, czego się nie robi, gdzie się chodzi i ogólnie z czym to się je, tak, żeby ten big picture, jak by to Amerykańcy określili, który myślę, że na obecnym etapie jesteś już w stanie sobie w miarę wiernie stworzyć, uzupełnić o pozornie nieistotne smaczki i niuanse kulturowe, które, jak powszechnie wiadomo, odgrywają kluczowa rolę w kształtowaniu końcowego wrażenia.
Obiecuję, że nie będzie już takich długich zdań :)
Po drugie, myślę, że sprawy najprostsze są czasami najbardziej interesujące; przez swoją prostotę prowokują wyobraźnię i zostawiają jej pole do uzupełnienia niedopowiedzeń, a to, przy pomyślnych wiatrach, kreuje unikalne doświadczenie. Miałem wątpliwości, czy robić wpis, jeżeli na przestrzeni ostatnich dni nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, ale stwierdziłem, że to jest również częścią doświadczenia, a koniec końców to właśnie moje generalnie doświadczenie tutaj jest tym, co próbuję Ci przekazać i to skłoniło mnie do napisania tego update'a. Gdybym potrzebował flyfisha czy tropikalnych wysp na Filipinach, żeby schwycić i uwięzić Twoją uwagę, to świadczyłoby to o paru sprawach - od twórczej impotencji zaczynając - z których żadna nie byłaby korzystna ani dla mnie, ani dla Ciebie. Dlatego perspektywa przekazania Ci naszych codziennych przeżyć w sposób, ktory sprawi, że poczujesz się tak, jakby były one po części i Twoimi przeżyciami, jest dla mnie wielkim wyzwaniem, które z ochotą podejmę.
I po trzecie, egoistycznie, jeżeli uda mi się temu wyzwaniu sprostać, będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć o sobie, że znalazłem się na etapie, gdzie jestem w stanie zapanować nad swoim literackim stylem, a to będzie dla mnie znaczyło sporo.
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Na czym polega więc życie w Singapurze? I dlaczego zmieniliśmy nasze nawyki i nie wyjeżdzamy nigdzie? Przecież chyba nie wyczerpała nam się lista wysp do zobaczenia?
Nie, nie wyczerpała się. Przeciwnie, lista wydłuża się z każdą odbytą rozmową, z każdym nowym napotkanym człowiekiem, z każdą stroną przeczytaną w Lonely Planet. Azja to olbrzymi kontynent i to się tu dopiero uświadamia. Miejsc są setki, każde z nich warte bycia tym jedynym, na które zdecydujesz się przeznaczyć czas i pieniądze. Wyspy, góry, dżungle, miasta, świątynie - można tak godzinami. Od początku wiedzieliśmy, że nie uda nam się zobaczyć wszystkiego, dopiero teraz jednak uświadamiamy sobie, ile nas tu ominie i ile razy trzeba będzie tu wracać, żeby zobaczyć wszystko. Ta kulka o obwodzie 40,000km, na której przyszło nam żyć, jest pełna fascynujących zakątków, a podróżnicza część naszego serca chciałaby zobaczyć je wszystkie, wszystkiego dotknąć, z każdym porozmawiać, zabłądzić wszędzie tam, gdzie ma się na to ochotę, powąchać, spróbować (wypluć ewentualnie) i opisać na blogu. Matka Natura jednak w swojej doskonałości zadbała o to, żebyśmy hierarchizowali sobie cele i organizowali czas efektywnie, stwarzając bezpośrednią korelację zużycia naszych ciał z upływem czasu - innymi słowy, człowiek nie baobab i 5,000 lat do dyspozycji nie ma, dlatego musi podejmować najlepsze decyzje w warunkach ograniczonych zasobów (zabijcie mnie, ale wydaje mi się, że to jakaś definicja zarządzania, którą wbijali nam do głowy na pierszym roku - najlepszy dowód na uniwersalizm nauk z tejże dziedziny -przyp.red.). Dlatego też zrobiliśmy sobie listę rzeczy, które chcemy zrobić i miejsc, które chcemy odwiedzić i, pamiętając o przysłowiu cudze chwalicie, swojego nie znacie, na czele tej listy umieściliśmy Singapur. Bo prawdą jest, że minął już miesiąc, a my Singapuru nie znamy w ogóle, nie byliśmy w Zoo, nie byliśmy na Night Safari i w tysiącu innych miejsc, które zobaczyć musimy. A to niepokojąco zaczęło przypominać mi sytuację z Chińskim Murem i Pekinem z poprzednich odcinków. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, dlatego tym razem Singapur będę miał w małym palcu - rzekłem.
Singapur jednak okazał się kapryśnym tworem - może chciał od początku być na szczycie listy, a nie wdrapać się na niego dopiero po miesiącu? - i postanowił utrudnić nam jego eksplorację tak tylko, jak to możliwe. Zdecydował się przy tym użyć broni, która dowiodła już swojej skuteczności na przestrzeni ostatniego miesiąca, a o której wszyscy taksówkarze zapewniali nas, że już nie będzie używana po Chińskim Nowym Roku (26 stycznia), mianowicie tropikalnego deszczu. Niebo postanowiło wyrazić swoją pogardę dla naszych lokalnych, podróżniczych, spóźnionych zapędów i tysiącami litrów wody powstrzymać nas od zwiedzania Singapuru. Skutecznie. 1:0 dla Ciebie. Ale nie myśl, że ta bitwa jest decydująca. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, nie powstrzymasz nas głupim deszczem. Mamy 3 miesiące - chcesz grać na czas? Karty w grze.
Czyli, innymi słowy, jeżeli nie przestanie padać (a przestanie, jesteśmy pewni, ale od dawien dawna wiadomo, że dobry blef nie jest zły, także cicho sza) i tak pojedziemy zobaczyć zoo, i tak!
Pora na refleksję. Wszyscy mówili to samo i my wiedzieliśmy od początku, że tak właśnie będzie, ale i tak ciężko uwierzyć w to, jak szybko mijają minuty, po nich godziny, dni, tygodnie i miesiące. Może to bliskość równika sprawia, że mechanizmy naszych zegarków wariują, a może po prostu tu jest tak fajnie, że czas przyspiesza? Mądrzejsi ode mnie się nad tym głowią. Faktem jest jednak, że minęło już ponad półtora miesiąca, czyli ponad jedna trzecia całego naszego pobytu tutaj, w przyszłym tygodniu mamy nasze półsemestralne egzaminy, a ja ciągle czuję się tu nowy. Jest tyle rzeczy, które chcę zrobić i na które nie będę miał czasu...! To niesamowite, na jak różne sposoby dociera do nas istota przemijania i skończoność czasu, jaki mamy do dyspozycji. Im więcej pokus dookoła Ciebie, tym krótsze stają się minuty i kiedy staniesz na chwilę i spojrzysz tak trochę "ponad to", dotrze do Ciebie, że, skoro godzina upływa w mgnieniu oka, tak samo pewnie upłynie najbliższy miesiąc, a jeden miesiąc to, nie przymierzając, 1/250 Twojego dotychczasowego życia, a stąd już tylko krok do myśli, jak krótkim i ulotnym doświadczeniem jest ludzkie życie. I dociera do Ciebie to, co mądrzy ludzie powtarzają od dawna - że tylko od Ciebie zależy, czy będzie ono dla Ciebie pasmem udręk i gorzkich wyrzutów sumienia, że nie udało Ci się zrobić więcej, czy też najwspanialszą rzeczą, jaka mogła Cię spotkać i jak bardzo należy cieszyć się z wszystkich pozytywnych rzeczy, które Cię spotykają - czy to na Filipinach, czy na Jagiellońskiej, szczęścia daleko szukać nie trzeba, najczęściej czai się za rogiem i czeka, aż otworzymy oczy. I dociera do Ciebie, jak wielkim skarbem jest każda chwila, w której czujesz, że to jest to miejsce i ten czas, a ja mam to wielkie szczęście, że to uczucie znam z autopsji. Jedna koleżanka powiedziała mi, żebym, za każdym razem, kiedy wyjdę z mieszkania w Singapurze, stanął, popatrzył na swój basen, palmy itp, po czym zamknął oczy, wziął głęboki oddech i uświadomił sobie, że tego powietrza nie będę miał w płucach już nigdy- wspaniała rada, dzięki Dorotko. Posłuchałem. Każdy dzień tu, w Singapurze, choćby padało i grzmiało, a w mieszkaniu było brudno i sennie, jest dla mnie jedną wielką nagrodą i za to, że mam szansę tu być i przeżywać to wszystko, chciałbym bardzo gorąco podziękować moim kochanym rodzicom (myślę, że rodzicom Karola w jego imieniu również - nie ma go, także nie mam autoryzacji, ale jestem pewien, że w tej kwestii mam podpisane przez niego upoważnienie in blanco) - jesteście wspaniali, dziękujemy! :)
Co nie zmienia faktu, że mogłoby w końcu przestać padać, bo chcę to zoo zobaczyć. :)
Jak przyjadą znajomi, to chciałbym już wszystko mieć obejrzane, tak, żeby móc pobawić się w przewodnika.
Bo trzeba Wam wiedzieć, że nadchodzące parę tygodni to czas odwiedzin - a'propos pozytywnych rzeczy, oto jedna z nich! - w przyszłym tygodniu przylatuje przyjaciel Karola, a mój kolega - Piotrek, trzy dni później para znajomych Karola - Agata z chłopakiem, przepraszam, nie pamiętam imienia; tego samego dnia do mnie przylatuje mój przyjaciel Alek i takim to mocnym, nadwiślańskim składem udajemy się wszyscy na Bali, szerzyć środkowoeuropejską kulturę i rozbroić pozostałą siatkę terrorystów (podzieliliśmy się zadaniami i nasza piątka wzięła na swoje barki obowiązek krzewienia kultury, Alusiowi przypadli terroryści). Po Bali, na której spędzimy 4 dni, lecimy, już tylko my z Alkiem, do Bangkoku na koncert 50centa - Karol ma w głębokim poważaniu czarne rytmy, także i zaprzęg wołów by go tam nie zaciągnął - i coś mi mówi, że to będzie jedno z najciekawszych doświadczeń w Azji - koncert 50 centa w Bangkoku, hehe ;) Po którym to koncercie Aluś wraca na Stary Kontynent, a do mnie po trzech dniach przyjeżdza dwójka innych przyjaciół - moja była dziewczyna, Asia, i Bartek. Przyjeżdzają na trochę dłużej, bo na dwa tygodnie, także mają trochę bogatszy program, tzn. pierwszy weekend jedziemy do Malezji do prawdziwej dżungli, z lianami i przeprawami przez rzeki tam, gdzie nie da się przejść suchą stopą, a drugi weekend, który, dzięki mojemu poświęceniu i wierze w możliwość nadrobienia zaległości "rzutem na taśmę", uległ magicznemu wydłużeniu do 7 dni, lecimy do Phuket (plaża Ko Phi Phi, ta, na której kręcono "The Beach" z L. DiCaprio) i Bangkoku na parę dni, pooglądać świątynię i odwiedzić słynny kolorowy targ (nie wiem dokładnie, na czym polega idea tego targu, a zmyślać nie będę, także zrelacjonuję, jak zobaczę, a na razie poprzestańmy na kolorowym targu). Asia i Bartek wracają do Polski koło 17 marca i jakoś w tych okolicach przylatują tu rodzice Karola, z którymi wszyscy jedziemy do Malezji na wyścigi Formuły 1 (niestety nie stawiają nam biletów :D), a potem już sami państwo Kuczwalscy z dziećmi (przylatuje też brat Karola, Patryk) wybierają się, o ile mnie pamięć nie myli, do Tajlandii, konkretnie Phi Phi i Bangkok (popularna trasa, hehe), także widzisz, że luty/marzec jest dość gorącym miesiącem tutaj :)
Aj, zapomniałem na śmierć, że my tu przecież studiujemy ! :D Nie przejmuj się, mój plan został tak skonstruowany, że wszystkie (prawie wszystkie)(ćśśśś) wtorki i środy jestem na miejscu, a tylko w te dni mam zajęcia, także, jeżeli szczęście dopisze, uda nam się, hmm, jakby to ująć. . . . o! - upiec dwie pieczenie nie dość, że na jednym ogniu, to jeszcze na jednym rożnie, jednocześnie w drugiej ręce piekąc frytki i popijając to wszystko schłodzonym piwkiem - wnikliwi obserwatorzy zauważą, że siłą rzeczy do piwka musi zabraknąć mi rąk, ale to właśnie czyni to porównanie tak trafnym - jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to uda mi się zrealizować więcej wspaniałych rzeczy, niż ustawa przewiduje i zdrowy rozsądek każe uważać za prawdopodobne :-))
O ile pamiętam te trzy powody, dla których przeczytanie tego wpisu miało być ciekawym doświadczeniem, to mój rozpasany styl lekko chyba zboczył z zaplanowanego kursu, co automatycznie czyni mnie niezdolnym do stwierdzenia, że go opanowałem - to raczej on ma bezpośrednią kontrolę nade mną. Jest godzina czwarta w nocy ("Singapur, czwarta rano" - Marcin Bruczkowski haha), wokół mnie panuje doskonała cisza, cały świat śpi, a ja siedzę, piszę i mam najprawdziwsze wrażenie, że właśnie w tym momencie nie tworzę suchego opisu zdarzeń ani nie piszę tak, żeby spodobało Ci się to, co przeczytasz, tylko autentycznie dzielę się z Tobą swoimi myślami. Także, mój drogi czytelniku, gdybyś uznał tamte trzy powody za wiążące, nie mógłbyś uznać tego wpisu za udany. Mam jednak głęboką nadzieję, że wykażesz tolerancję i pobłażliwość dla moich raczkujących umiejętności i docenisz autentyczność, zapominając o niezaprzeczalnym dyskursie merytorycznym. Najwyraźnej nie posiadłem jeszcze umiejętności przewidywania, w którym kierunku poszybują moje myśli, kiedy pozwoli im się na swobodny bieg.
Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze na tej stronie.
Koniec.
