Tajlandia
Kolejny odcinek, który zaczynam od przeprosin, że kazałem Wam tak długo czekać, ale po raz pierwszy w historii J&K away naprawdę byłem zajęty szkołą i nie miałem czasu usiąść i napisać. Ale już jestem.
Bez rozdmuchanego wstępu tym razem - w dzisiejszym odcinku zapraszam na podróż do Tajlandii!
Dla fanów Karola - nie będzie go dzisiaj, bo w Tajlandii byliśmy niezależnie - ja wróciłem ponad tydzień temu, a pojechałem z Asią i Bartkiem, a Karol jest teraz - z rodzicami, bratem i kolegą. Najprawdopodobniej doczekacie się dwóch równoległych relacji, ale póki co - Tajlandia widziana oczami Jurka :)
Z Singapuru wylecieliśmy 9 marca, z Asią i Bartkiem. To była ich druga i ostatnia podróż podczas 14 dniowego pobytu w Azji. Oryginalnie postanowiłem zrobić sobie mini wakacje i opuścić jeden tydzień w szkole (czyli wtorek i środę, bo resztę tygodnia i tak mam wolną) i zrobić wielki travelling, taki prawie dwutygodniowy. Okazało się jednak, że Wszechświat ma wobec mnie inne plany, bo A&B wracali do Polski wcześniej niż początkowo planowali, także musieliśmy zmienić lot powrotny do Singapuru na parę dni wcześniej - środa zamiast soboty. To była jedna z lepszych decyzji, jakie podjąłem tu, w Singapurze, bo okazało się, tygodnie po tym, jak kupiłem te bilety, że w środę MUSZĘ być w Singapurze, bo to jest moja ostatnia szansa, żeby mieć jakąś - jakąkolwiek - możliwość zaliczenia BGS - Business, Government and Society, jako, że byłem "trochę" w plecy. Także, summa sumarum, w Tajlandii spędziliśmy okrągły tydzień, a jak nam ten tydzień zleciał, o tym poniżej.
Z Singapuru polecieliśmy do Bangkoku. Lecieliśmy w czwartek o 9.20 rano - już chyba wszyscy wiedzą, z czym wiąże się podróżowanie w czwartek rano - z imprezy wróciliśmy koło 6 ;). W samolocie lecieliśmy koło dwójka japońskich dzieci, które darły się naprawdę, ale to naprawdę wniebogłosy - calutki lot, bez sekundy przerwy, darły się tak, jakby je ktoś obdzierał ze skóry. Uwierzcie mi - równie dobrze mogłoby tam ryczeć stado słoni. Byliśmy tak zmęczeni, że te dzikie krzyki brzmiały jak kołysanka. Przespaliśmy cały lot snem niemowlęcia :)
W Bangkoku wylądowaliśmy o 11.20, a z lotniska wyszliśmy o 15. Skąd 3,5h różnicy? Otóż okazało się, że Polska zajmuje zaszczytne, 16. miejsce na liście państw, których obywatele potrzebują wizy na wjazd do Tajlandii. Znaleźliśmy się na tej liście w tak doborowym towarzystwie, jak m.in. Chiny, Rosja, Litwa, Czechy i - nie mam pojęcia dlaczego - Lichtenstein. Chyba do Tajlandii nie dotarła jeszcze informacja, że znajdujemy się w UE i chcą od nas wiz. A wyrobić sobie wizę w Tajlandii to nie jest łatwa sprawa, uwierzcie. Pomijając już w ogóle fakt, że najpierw, wierząc, że jesteśmy już obywatelami świata, odstaliśmy swoje w kolejce standardowej i dopiero, jak pani za kontuarem zapytała o wizę (a staliśmy tam z 20min) uświadomiliśmy sobie, że nie, nie jesteśmy jeszcze, że musimy przełknąć narodową dumę i cofnąć się grzecznie, razem z całą pieprzoną wycieczką, która właśnie przyleciała z Moskwy, do miejsca wystawiania wiz. Wystawiana, hola, nie tak szybko. Najpierw musieliśmy zrobić sobie zdjęcie, ustawić się w kolejce po druczek, wziąć druczek, wypełnić, ustawić się w następnej kolejce, oddać, dostać numerek, poczekać na wezwanie na odbiór wizy w towarzystwie Rosjan mówiących tylko i wyłącznie po rosyjsku i mam tu na myśli sytuację, kiedy stoi grupka dziesięciu Rosjan i nie potrafią wspólnie powiedzieć yes albo please!, Ci Rosjanie cały czas mówiący do każdego po rosyjsku, nieważne ile razy im powiesz, że nie rozumiesz, co nie rozumiesz!, rosyjskiego nie rozumiesz!, koniec końców zajęło nam to jakieś dwie godziny, a wrażenie było takie, jakbyśmy cofnęli się 30 lat wstecz, biurokracja biurokracja i jeszcze raz biurokracja, t r a g e d i a. Na szczęście jakoś przez to przebrnęliśmy i w końcu udało nam się z tego lotniska wyjść. Wyszliśmy, wzięliśmy autobus (najpierw chcieli nas 200 razy oszukać na cenie taksówki, bagażu, biletu na to i tamto, hotelu etc, ale my już doświadczeni turyści jesteśmy i się nie daliśmy) i pojechaliśmy do Bangkoku, bo lotnisko jest 45 km od miasta. Relacji z drogi autokarem nie będzie, bo jak tylko poczuliśmy miękkie, autobusowe siedzenia (które de facto wcale nie były miękkie, ale nam w tamtym momencie nie robiło to większej różnicy) zapadliśmy w głęboki sen i dobrze, że nasz przystanek był ostatni, bo nie pamiętamy żadnego pośredniego, a podobno było ich blisko dziesięć. No więc dotarliśmy w końcu na Khao San Road, mekkę turystów w Bangkoku, małą, wąską uliczkę, pełną neonów, straganów, świateł, hałasu i niesamowitych ludzi, prawdziwie wybuchowa mieszanka - wszystkie kolory skóry (chociaż dominowali blondyni i blondynki ze skórą ogorzałą od słońca), wszystkie możliwe odmiany angielskiego, ogólnie wszechobecna atmosfera backpackingu, totalny relaks w tym całym zgiełku i brudzie - tak, brudzie, ale o tym za chwilę - i wrażenie, że jest się naprawdę w innym świecie. Ciężko jest opisać atmosferę Khao San - cały czas panował tam niesamowity zgiełk, cały czas ktoś Cię do czegoś namawiał - a trzeba im przyznać, że mają skurczybyki rozbudowany wachlarz tych odzywek na pochwycenie uwagi klienta, ale o tym za moment, bo się pogubię - wszędzie jeździły tuk-tuki, czyli te takie jakby zmotoryzowane riksze, motorek z doczepioną budą, co chwilę musiałeś schodzić z drogi takich ruchomym kuchniom, gdzie lokalni przygotwywali różne przysmaki, makarony nie makarony, ryże nie ryże - nie miałem odwagi ich spróbować, bo warunki, w jakich były gotowane, były naprawdę przerażające, no i przebój Bangkoku i Tajlandii w ogóle, czyli stare Tajki obwieszone od stóp do głów jakimiś paciorkami i świecidełkami, które stawały przed Tobą i patrząc Ci się prosto w oczy przeszywającym spojrzeniem, wyciągały w Twoim kierunku swoją tajną broń, czyli drewnianą figurkę żaby z takim jakby wykarbowanym kręgosłupem, czyli, z polskiego na nasze, drewniane wypukłości na kręgosłupie miała ta figurka i kiedy przejeżdzało się po tych wypukłościach czarnym kijkiem, który był w zestawie z żabą, to żaba produkowała coś mniej więcej zbliżonego do rechotu, takie trrruk, trrruk, trrruk. No więc te kobiety, które już same w sobie były absolutnie fantastyczne, zbliżały się do Ciebie swoim powolnym krokiem, obwieszone we wszystkie cuda świata, tak, że ledwo centymetr skóry im spod tego wystawał, i patrząc Ci w oczy jak, jak gdyby miały Ci za chwilę zdradzić datę Twojej śmierci, robiły to "trrruk, trrruk" tą całą żabą i sprawiały wrażenie całkowicie przekonanych, że ten dzwięk co najmniej totalnie Cię ogłupia, hipnotyzuje i sprawia, że chcesz kupić od nich wszystko bez targowania. Po paru sekundach trrrrruk-trrrrukania, nie widząc oczekiwanego efektu (bo to, co udawało im się normalnie uzyskać, to - kiedy robily to komuś po raz pierwszy - co najwyżej lekkie oszołomienie, z gatunku "eeeee, co robi przede mną ta kobieta z tą drewnianą żabą?", a za każdym kolejnym razem po prostu brak reakcji - ja poszedłem o krok dalej, bo kupiłem sobie taką samą żabę, także mogłem odpowiadać im ich własną bronią, trrruk za trrrruka, czego wyraźnie nie lubiły), robiły zniesmaczoną minę i to był pierwszy objaw jakichkolwiek ludzkich uczuć, bo wcześniej od początku zachowywały się jak wróżki, ewentualnie woskowe figury, i odchodziły zatrrrruk, trrrrukać następną ofiarę. Ale były totalnie fantastyczne i mega egzotyczne. Żabę mam, do Polski przywiozę, mogę zaprezentować. Trrrruk, trrrrruk, kup pan cegłę.

Khao San Road

Khao San Road

Tak się sprzedaje koszulki po złodziejskich cenach 10zł za sztukę
BTW: wybaczcie te okropne daty na zdjęciach, nie zauważyliśmy, a teraz nie chce się nam bawić w Photoshopie. Pierwszy i ostatni raz.

Bartek i Asia w tuk-tuku

Tuk-tuk nie jest w Bangkoku rzadkością.

Motor też nie.
Jeżeli już jest samochód, to musi się wyróżniać. Najczęściej Taje decydują się na jakiś wyrazisty kolor, jak np.

taki

taki

i taki

a takimi znakami kierowcy tych błyskotek muszą się kierować :) Pokaż tą fotkę znajomemu i poproś, żeby przeczytał bez zastanowienia :)
W ogóle sprzedawcy w Bangkoku to jest wyższa światowa klasa. Jak oni potrafią człowieka przekabacić, zachęcić, namówić - respekt. Poważne umiejętności mają chłopaki. Wiadomo, że na takiej ulicy handlowej, jak Khao San, gdzie mija się te stragany i sklepy cały czas, a wszystkie są do siebie zbliżone, z punktu widzenia handlowca absolutnie kluczowa dla ekonomicznego sukcesu jego przedsiębiorstwa jest umiejętność pochwycenia uwagi potencjalnego klienta w pierwszej sekundzie, gdy lustruje on towar. Dlatego też Taje, absolwenci przyspieszonego kursu kapitalizmu pt "Jak okraść białego człowieka, który ma dużo pieniędzy i nie wie, że dwie ulice dalej to samo kupi 5 razy taniej?", wypracowali szereg technik i taktyk mających na celu zapewnić im sukces, czyli wciągnąć klienta do sklepu. Jak klient wejdzie, to oni już wiedzą, jak go zbałamucić, ale trzeba go najpierw wciągnąć. A techniki są boskie. Ja już jestem mniej więcej przyzwyczajony do tych trików, bo we wszystkich krajach regionu postępuje się mniej więcej podobnie, także w przeważającej większości przypadków po prostu ich obojętnie mijałem, ale muszę uczciwie przyznać, że paru udało się mnie zaskoczyć. Np. zgłupiałem, kiedy przechodziłem koło jednego sklepu, z którego wyszedł mi na spotkanie lokales, uśmiechnął się, serdecznie uścisnął mi rękę, przedstawił się - zgłupiałem do tego stopnia, że też się przedstawiłem - i już mnie miał - wszedłem do tego sklepu. Nic nie kupiłem, ale załatwił mnie, przez moment nie wiedziałem, co się dzieje. Ale i tak najlepszy był jeden typ, przechodziłem koło jego sklepu, nawet nie pamiętam, co to za sklep był, a on sobie stał, niedbale opierając się o futrynę i zdawał się w ogóle nie lustrować wzrokiem przechodzących turystów, co już odróżniało go od konkurencji, gdzie wszyscy inni darli się w niebogłosy i wręcz siłą wciągali Cię do środka. Ten sobie stał i patrzył gdzieś ponad głowami ludzi. Cwaniak, wiedział co robi, przykuł moją uwagę, tak, że to ja na niego patrzyłem, a nie on na mnie. W momencie, kiedy byłem na jego wysokości, nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, po prostu spojrzał mi w oczy, tak prosto w oczy i zapytał cichym, intensywnym głosem:
- Remember me?
No zgłupiałem. Stanąłem jak wryty. Kto to jest? Dlaczego pyta, czy go pamiętam? Czy my się kiedyś spotkaliśmy?
Kiedy zobaczył, że stanąłem i wyraźnie zastanawiam się nad odpowiedzią, zrzucił maskę tajemniczego nieznajomego i zaczął zachowywać się dokładnie tak, jak pozostali sprzedawcy, tj krzyczeć, uśmiechać się i ciągnąć mnie wgłąb sklepu, także czar prysł, ja machnąłem ręką i poszedłem dalej, ale zdecydowanie gość miał swój moment - najoryginalniejszy sprzedawca, jakiego spotkałem.
W ogóle zakupy w Bangkoku to i piekło i niebo. Niebo, bo ceny są po prostu nieprzyzwoite - pół godziny jazdy tuk-tukiem kosztuje - uwaga - 50gr do złotówki!!, obiad lokalny można zjeść za 2-3zł, a koszulkę za 10zł. A i tak to wszystko są ceny dla turystów, na pewno 5 razy wyższe niż lokalne. A wybór rzeczy jest po prostu niesamowity, jest takie coś, jak Weekend Market, w każdy weekend, na którym można kupić w s z y s t k o , od ciuchów, przez wyposażenie domu, jedzenie i pamiątki, po dzieci :D (nie widziałem, ale na bank by się dało). A piekło dlatego, że o wszystko musisz targować się do upadłego, co na początku jest fajne, jak się zbije cenę do np 5% tego, co było na początku, ale potem, jak musisz targować się chcąc kupić przejściówkę do ładowarki do laptopa albo cokolwiek, colę w puszce, staje się nie do zniesienia. Życie turysty w Bangkoku to niekończąca się gra między Tobą a nimi wszystkimi, na jak długo starczy Ci siły i uporu, żeby się kłócić o te grosze. Czasami to ciągłe napięcie prowadzi do nieprzyjemnych sytuacji, np. raz chciałem kupić piękne obrazy takiego starego dziadka (tzn stary dziadek był na obrazach, a sprzedawał młody cwaniak), ale byłem już tak zmęczony, że, zamiast od początku wejść w rolę cwaniaka i zapytać, czy nie potrzebuje pomocy, bo widzę, że coś nie może się pozbyć tych brzydkich obrazów, po prostu stanąłem przed nimi i zacząłem się w nie wpatrywać, a kiedy zapytał, czy mi się podobają, bezmyślnie powiedziałem mu, że tak, są świetne. Na to on wyciągnął swój kalkulator (wszyscy sprzedawcy w Bangkoku mają kalkulatory, na których napieprzają tak szybko, że dla samego tego widoku opłaca się wchodzić do tych sklepów. Nawet Kobiety z Żabami mają pod swoimi szatami schowane kalkulatorki. Najlepsze jest to, jak mówisz im cenę, a oni coś tam sobie szybko stukają i udają, że właśnie obliczają swoją marżę etc, żeby w końcu schować kalkulator do kieszeni i powiedzieć to swoje sakramentalne "Noo, my friend, not possible. I cannot make money. Give me a good price"), no więc wyciągnął swój kalkulator i pyk pyk pyk pyk pyk, 550 bhaat sztuka. No to ja mu na to, zgłupiałeś?, bo wiedziałem, że wcześniej inny sprzedawca, ale w tym samym sklepie, zaczął od 400, no to on mi na to, już lekko zniecierpliwiony, że jak wezmę trzy, to będzie 450 za sztukę. No to ja mu wziąłem kalkulator i wstukałem 450, potem podzieliłem na 3, pokazałem mu 150, powiedziałem, że to za sztukę, pomnożyłem przez 3 i powiedziałem, że 450 to dostanie, ale za 3. No i okazało się, że przesadziłem, bo od tego momentu dalsze negocjace wyglądały tak, że sprzedawca, młody, rosły facet, wziął mnie za kark i wyrzucił ze sklepu, wykluczając tym samym jakiekolwiek dalsze pertraktacje. A że nie był jedynym sprzedawcą w tym sklepie, a reszta jakoś nie kwapiła się stanąć w mojej obronie, przeciwnie, chętnie przyłączyliby się do wyrzucania mnie ze sklepu, stwierdziłem, że dobrym rozwiązaniem będzie wycofać się i poszukać tych obrazów gdzie indziej. Obrazów nie znalazłem już nigdzie, także Bartek poszedł do tego samego sklepu i kupił je po 300 sztuka, a historia ma na celu pokazanie, że nie zawsze targowanie się jest łatwe i przyjemne :-))
Chyba najbardziej charakterystyczną cechą Bangkoku są jego niezliczone, przepiękne świątynie, prawdziwe must see każdego turysty. Następnego dnia wzięliśmy więc tuk-tuka i pojechaliśmy na wycieczkę objazdową po Bangkoku. Po długich targach stanęliśmy na złotówce za pół dnia jeżdzenia (bezczelny zaczął od 5zł) zapłaciliśmy złotówkę. Plan był taki - w skrócie - najpierw zobaczyliśmy Wielkiego Buddę, potem jakąś inną świątynię, potem thai fashion, czyli krawca, on wtedy sobie dotankował, potem wzięliśmy łódkę, którą popłynęliśmy na przedmieścia i zobaczyliśmy warunki, w jakich naprawdę mieszka się w Bangkoku - okazuje się, że całkiem spora część miasta znajduje się na wodzie - a także jedną z najsłynniejszych rzeczy w Bangkoku, czyli pływający targ, potem pokaz tajskiego boksu i lokalnych tańców, potem do domu. To tak w skrócie.
W Świątyni z Wielkim Buddą spotkaliśmy panią z klatką z ptakami, przed którą położona była kartka papieru, a na niej napisane było:
Szczęście i powodzenie zawsze będą z Tobą.
50 bhaat. (tajska waluta)
Dziękuję."

O, oto i jedna z Ptasich Wojowniczek o Wolność.

A oto jej kompanka, ta chyba ze skrzydła PR, wnioskuję po tablicy z wyraźnie wyartykułowaną misją Armii.
My w Europie myślimy, że szczęście jest bezcenne i ciężko osiągalne. A tu proszę, wystarczy polecieć do Tajlandii, żeby dowiedzieć się, że tak naprawdę szczęście to jedyne 50bhaat. Na zawsze!

Wielki Budda

Po latach oczekiwań, świat ujrzał kogoś godnego mierzyć się z Wielkim Buddą.

Strażnik Wielkiego Buddy z kubkiem wody mineralnej.

Tu mały kot uczy się od dużego kota najlepszych sposobów na przetrwanie w Bangkoku. Jak widać, nauka idzie mu nadzwyczaj dobrze.
Także trzeba przyznać, że nie ma rzeczy, na której nie dałoby się oprzeć biznesu w Bangkoku. Liczba sposobów na wyciągnięcie pieniędzy od turystów jest naprawdę nieograniczona. Później przekonaliśmy się, że uwalnianie ptaków, które następnie łapie się i z powrotem zamyka z klatce to dość powszechna praktyka w Bangkoku. Jakby to przeczuwając, żaden z nas nie wręczył ptakom wolności. A sam Budda był bardzo fajny, wielki i złoty. Po zobaczeniu posągu coś nas podkusiło, żeby dojść do naszego tuk-tuka inną drogą, niż przyszliśmy - w drodze do podwiózł nas pod samą bramę świątyni, tak, żebyśmy tylko weszli, zobaczyli Buddę i wyszli - i weszliśmy między takie stragano-budyneczki, mamy zdjęcia stamtąd, i tą wąską ścieżką doszliśmy do głównej drogi, którą doszliśmy do naszego tuk-tuka (kierowca był lekko zaskoczony), a po drodze widzieliśmy trochę prawdziwego życia w Bangkoku i to było absolutnie fantastyczne! Ta cała "alejka", którą szliśmy, miała może 2 metry szerokości, panował tam okropny zaduch (wszystkie klimatyzacje i takie tam miały wyloty na tą uliczkę), wyglądało to mniej więcej tak, że był jeden rząd budynków z lewej, drugi z prawej, przestrzeni międy nimi ledwo-ledwo i co 2-3 metry, dosłownie co kawałek był jakiś sklep - ale nie taki "sklep", jaki sobie wyobrażasz, tylko paredziesiąt rzeczy wyłożonych na totalnie zdewastowanych ławeczkach albo beczkach albo czymkolwiek, co mogło posłużyć za oparcie, albo wejście do czyjegoś domu i to była chyba najbardziej ruszająca sprawa, zobaczyć, jak się mieszka w Bangkoku. Nie zrobiliśmy zdjęć, bo wszędzie byli ludzie, a nie chcieliśmy ryzykować - mamy tylko jedno, które udało zrobić się z ukrycia, które pokazuje pół wejścia do domu - to jest niesamowite, w jakich warunkach ci ludzie żyją - całe rodziny w baraku wielkości paru metrów kwadratowych, jedne koło drugich, a raczej jedne na drugich, ściśnięte do granic możliwościa, a pomiędzy tym wszędzie, jak w całym Bangkoku, hałas (jakimś cudem w każdym z tych baraków był głośno włączony telewizor), mozaika zapachów (nie jestem pewien, czy nie przesadziłem z tym wyrażeniem, ale tak mi jakoś przyszło na myśl :p) z tych wszystkich przenośnych kuchni, biegające koty, kury i w ogóle wszystko, co można sobie wyobrazić. Przy tym wszystkim paraliżujący skwar - Bangkok jest w marcu jednym z najgorętszych miejsc na Ziemi (kiedy w hotelu oglądałem prognozę na cały świat na CNN, Bangkok był najgorętszy - 37 C w ciągu dnia, to możecie sobie wyobrazić ile stopni było w tej alejce). Pełen folklor.

Asia zmierza w stronę alejki.

Sklep połączony z domem.

Tyle wiem o tym czymś, co i Wy. Miejscowy przysmak, i guess.

W naszej restauracji wszystkie potrawy gotowane są z najświeższych produktów najwyższej jakości w skrajnie higienicznych warunkach. Enjoy your meal.

Asia w alejce.

To jest to jedyne zdjęcie, na którym udało mi się uchwycić wejście do domu. Tam w głębi, w tym jednym pomieszczeniu, mieszka cała rodzina.

A to przebój alejki - tajski fryzjer.
Coś mi mówi, że czeszą się tu typy spod ciemnej gwiazdy.

Gry Uliczne, Bangkok 2006

Mimo braku powszechego dostępu do szerokopasmowego Internetu, Taje są bardzo mocno okablowaną nacją.
Po przejściu przez tę niesamowitą alejkę znaleźliśmy naszego tuk-tukowca i pojechaliśmy do jeszcze jednej pagody, gdzie spotkaliśmy bardzo miłego, starszego pana, który mówił po angielsku (w Tajlandii, w odróżnieniu od innych krajów regionu, po angielsku się nie mówi) i który oprowadził nas po całej świątyni i żadnych pieniędzy ani nic nie chciał, po prostu był autentycznie miły. Dowiedzieliśmy się od niego m.in., że zmarli chowani w tej pagodzie są kremowani, a bardziej prominentnym z nich zostaje przydzielona latarnia. W dolnej częsci latarni umieszcza się prochy wraz ze zdjęciem i krótkim opisem zmarłego. Oryginalne. Zdjęcia poniżej:

My na tle pagody, naprawdę nie wiem, jaki jeszcze komentarz można tu wstawić :)

Latarnia poświęcona jednemu ze zmarłych.

Ta akurat należy do tego oto gentelmana.

Gdzieś pomiędzy świątynią a krawcem

dziewczynka sfotografowana po drodze. Fajna, co?
Po pagodzie pojechaliśmy do thai fashion, czyli do jednego z miejscowych krawców. Właściwie to nie było tego w planie, nasz kierowca wymyślił po prostu, że on musi zatankować, to my, zamiast czekać, to pójdziemy sobie do krawca, zobaczymy, jak w Tajlandii szyje się garnitury, pogadamy z krawcami i w ogóle. Jasne, czemu nie, możemy zobaczyć. No więc poszliśmy do tego krawca, porobiliśmy zdjęcia materiałów, pooglądaliśmy katalogi, oni są w ogóle niesamowici, potrafią uszyć garnitur na za 5 godzin za 200-300zł, minęło 10 minut, wrócił nasz kierowca i pojechaliśmy na przystań wziąć łódkę.
Na przystani okazało się, że łódka jest horrendalnie droga w porównaniu do tuk-tuka, bo tuk-tuk kosztował 1zł za 3 godziny jazdy, także zakładaliśmy, że jakakolwiek cena powyżej 5zł za łódkę będzie żartem i oszustwem. Okazało się, że łódka kosztuje powalające 1000bhaat. W ogóle kurs złotego jest bardzo wygodny dla podróżnika w Azji Południowo-Wschodniej, bo w Singapurze mnoży się razy dwa - 50 s$ to 100zł, w Malezji kurs jest dokładnie taki sam, 100 rupii to 100 zł, a w Tajlandii po prostu odejmuje się jedno zero, czyli ta łódka kosztowała astronomiczną kwotę 100zł, czyli 33zł na łeb! Myśleliśmy, że umrzemy. W dodatku facet, który sprzedawał kursy łódką był jedynym, od którego można było je kupić, także czuł się na tyle pewnie, że, zamiast targować się z pasją o każdą złotówkę, zastosował najgorszą taktykę możliwą (z naszego punktu widzenia), czyli oparł się o oparcie swojego wygodnego fotela, otworzył sobie gazetę i nawet na nas nie spoglądając powiedział:
- tysiąc to jest moja cena. Nie chcecie, nie ma sprawy.
Cwaniak. Musieliśmy przełknąć dumę i zapłacić po te trzy dychy - co i tak jest cały czas ceną śmiesznie niską za dwie godziny wynajęcia dość wielkiej łodzi tylko dla trzech osób. Ale benzyna w Tajlandii kosztuje 2zł za litr, także i tak pewnie robią na tym kokosy. W każdym razie wzięliśmy łódkę i rozpoczęliśmy podróż po Bangkoku. Pierwsze wrażenie dosłownie nas zabiło. O ile Bangkok naziemny, że tak powiem, wygląda może nie przeschludnie i przecudownie, ale ciągle ok, może jest dość brudno, hałaśliwie i w ogóle, ale to wszystko jest w granicach normalności (oprócz niektórych zaułków, takich jak te opisane wyżej), o tyle Bangkok, który zobaczyliśmy z tej łódki, wygląda jak po wojnie. Spójrzcie na zdjęcia, to ciężko opisać:


przed korporacjami nie uciekniesz




Cały czas tak samo, a płynęliśmy i płynęliśmy. Tak mieszkają ludzie na przedmieściach. To wszystko się sypie, rozwala, gnije, zapada, a ludzie tam mieszkają. Całymi rodzinami. Przerażające.
Głównym punktem wycieczki miała był wizyta na pływającym targu, wizytówce miasta, można zobaczyć na wszystkich pocztówkach, widok jest naprawdę niesamowity, bo wygląda mniej więcej tak:


Piękne, co? A teraz uwaga - tak wyglądał nasz pływający targ:

Okazało się, że po 16 to wszyscy się zwijają i za bardzo targu już nie ma :))) Oczywiście zapomniano powiedzieć nam o tym wcześniej :) A tak powitali nas pozostali targowicze:

:-) love is in the air, nie ma co :-)
Następnym przystankiem były tradycyjne tajskie tańce i boks. Normalnie okradali turystów na 200 od łebka, my, po długich targach, weszliśmy za 350 w trójkę + szklaneczka whisky na osobę. Jedyny warunek był taki, żeby nie mówić innym, ile zapłaciliśmy, bo większość to byli Amerykanie, którzy targować się nie umieją. Parę zdjęć:

Tu zbijamy cenę wejścia :)


Porozumienie ponad granicami

Z tancerkami po występie - Bartek :)

Asia

i ja :)

tancerki zaprowadziły nas do ogrodu z tyłu domu. Kto z Was wiedział, że tak rośnie mango? Ja nie

A tu już tajski boks.



Kocham to zdjęcie. Gdyby nie ta cholerna data, byłoby idealne.
Potem karmienie wielkich, brzydkich ryb chlebem kupionym za 20bhaat. Pani sprzedająca chleb targować się nie chciała i trzeba było 2zł wydać:

A tu niedobitek z plywającego targu:




Kup pan żabę. O właśnie, to jest Ta Żaba!! trrrruk trrrruk


Nasz sternik nie oszczędzał silnika. Ekologia nie jest chyba najważniejszą kwestią dla Tajów.
Po łódce wróciliśmy, wykończeni, do domu na Khao San, zdrzemnęliśmy się i ruszyliśmy na Bangkok by night. Poszliśmy na jedną imprezę do bardzo ładnego klubu w kształcie wielkiej rury, urządzonego cały na biało, nawet fajny, w którym to spotkaliśmy znajomych z SMU (do Bangkoku leci się 3h samolotem, także można mówić o niezłym przypadku. Greg z Andreą mieli identyczne spotkanie ze znajomymi z SMU parę tygodni wcześniej, także coś w tym jest). Bed Supper Club przyciąga SMU. Zdjęcie klubu ze strony:

outside

inside
Ładny, prawda?
Następnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie najważniejszej rzeczy w Bangkoku, czyli Pałacu Królewskiego. Te wszystkie złote świątynie, które ludziom się kojarzą ze Wschodem i Tajlandią - to właśnie Pałac Królewski. Wzięliśmy tuk-tuka, musieliśmy się spieszyć, bo było koło 15, świątynie zamykali o 16, a to był nasz ostatni dzień w Bangkoku. Trafiliśmy akurat na kierowcę, który nie mówił po angielsku, tylko krzyknął w ramach potwierdzenia "te-ee", co po kilkakrotnym powtórzeniu zabrzmiało jak "temple", dźgnął parę punktów na mapie i ruszył. Za złotówkę, rzecz jasna. I gdzie nas zawiózł? Patrzymy, a cwaniak jedzie prosto do jakiegoś krawca. My mu, że nie chcemy jechać do żadnego krawca, mamy godzinę, żeby zobaczyć pałac, i jedź pan pod pałac, a on nam na to, że tak, tak, ale teraz jedziemy do krawca, a on sobie w międzyczasie dotankuje.
A-a.. dotankuje? Czy ten wczoraj przypadkiem też nie chciał sobie dotankować akurat wtedy, ki edy my byliśmy u krawca? W ten oto sposób wpadliśmy na trop spisku, w który uwiązani są wszyscy tuk-tukowcy w Bangkoku. Jeżdzą za złotówkę za pół dnia, bo za każdego turystę, którego przywiozą do swojego zaprzyjaźnionego krawca, dostają karnet na paliwo o wartości 20zł. Przywożą Cię do krawca, jadą za zakręt, czekają 10 minut, wchodzą, odbierają karnet i wychodzą. Jeden z wielu systemów wykorzystywania turystów w Tajlandii :D
A co do samych świątyń - coś niesamowitego, niezapomniane wrażenia. Jedna z ładniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałem. Dla samych świątyń opłacało się przylecieć do Bangkoku. Spójrzcie na zdjęcia:

















Z tego zdjęcia jestem szczególnie dumny :)
Po obejrzeniu Pałacu mogliśmy z w miarę czystym sumieniem powiedzieć, że główne atrakcje Bangkoku mamy zaliczone. I dobrze, bo był to nasz ostatni dzień w stolicy Tajlandii, a następnego dnia rano wylatywaliśmy już do Phuket. Jeżeli komukolwiek z czymś się ta nazwa kojarzy, to pewnie z tsunami - Phuket i okolice były, obok Sri Lanki, najbardziej zniszczone przez tą katastrofę. W Phuket spędziliśmy jeden dzień i była to pierwsza okazja, kiedy Bartek z Asią mogli się położyć na plaży i zanurzyć stopy w oceanie (chociaż potem sprawdziliśmy, że to jest morze andamańskie i teraz nie jesteśmy pewni, czy morze może (;P) być jednocześnie oceanem? W każdym razie było zielone i ciepłe, właściwie to było za ciepłe, normalnie jak zupa.

trochę mąci atmosferę relaksu w tropikalnym raju, co?

Ja przynajmniej tak to odebrałem :p
Szczerze mówiąc, to dość niesamowite uczucie, kiedy stoi się w miejscu, gdzie półtora roku temu w ciągu paru godzin zginęły tysiące ludzi. Kiedy człowiek uświadomi sobie, że uderzenie tej gigantycznej fali nastąpiło w tym miejscu, gdzie stoi, ale to DOKŁADNIE W TYM MIEJSCU, GDZIE STOI, to naprawdę dziwne uczucie. Widzisz dom i wiesz, że tego domu tu nie było, bo został zmyty przez 7metrową falę. Wszędzie rozwieszone są znaki "Strefa zagrożenia tsunami", schematy ewakuacji itp. Phuket to jeden wielki plac budowy. Pierwsze dwa rzędy budynków przy plaży zostały już odbudowane, także z wierzchu wygląda normalnie, ale jak wchodzi się głębiej, wszędzie robotnicy, fundameny, gruz, maszyny i codziennie od 8 do 19 wytężona praca. Na ulicach wielkie billboardy "PHUKET IS BACK", w większości lokali galerie fotografii przedstawiające zdjęcia z katastrofy. Tak jak na Bali czuje się ducha zamachów z 2002r, tak w Phuket czuje się ducha tsunami.

zachód słońca w Phuket
Nasz plan był taki, żeby z Phuket popłynąć na Ko Phi Phi, jedną z najpiękniejszych wysp na świecie, tą, na której Leonardo di Caprio kręcił film "Plaża". To właśnie Phi Phi była naszym celem, Phuket było tak niejako przy okazji, po części dlatego, że tam się ląduje, Phi Phi to mała wyspa i lotniska nie ma, a po drugie, dlaczego nie zatrzymać się w Phuket na jedną noc, skoro już się tam jest? W każdym razie to Phi Phi była naszym celem. Poszliśmy spać z mocnym postanowieniem obudzenia się rano i złapania pierwszego promu na Phi Phi (2h w jedną stronę, także kawałek). Pierwszy prom odpływał o 9.
Nie pamiętam już, kto pierwszy otworzył oko. Pamiętam jedynie, że była może 11.30, może 12, a my nie mieliśmy pojęcia, co, jak i gdzie, co to za łódka, jak ją znaleźć, ile kosztuje, trzeba się jeszcze spakować, wymeldować etc. Ok. godz. 12.45 dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze jeden prom, ostatni, o 13.30, wbrew temu, co powiedział nam dukający po angielsku chłopak z informacji turystycznej, że ostatni odpływa o 12.30. Problem polegał na tym, że trzeba było się jeszcze na przystań dostać. A to był kawałek. To była nasza pierwsza i ostatnia szansa dostania się na Phi Phi, bo był poniedziałek, lot mieliśmy z Phuket w środę rano, na tyle wcześnie, że nie zdążylibyśmy złapać promu z Phi Phi w środę, a ostatni prom z Phi Phi na Phuket odpływał tak samo, jak wypływał, czyli 13.30, czyli jeżeli udałoby nam się złapać ten prom, do którego teraz musieliśmy dojechać, znaczyłoby to, że mielibyśmy do dyspozycji 24 godziny na Phi Phi. Wzięliśmy taksówkę, której kierowca nie wykazywał nadmiernego pośpiechu, jechał sobie spokojniutko i mam na myśli naprawdę spokojniutko, jakieś 20 w porywach do 40 km/h, wyłączona klimatyzacja, żeby paliwka mniej samochodzik spalił, pełen relaks. Nasze prośby o przyspieszenie nie dawały żadnego rezultatu, a czas uciekał. Zabawne, jak czas przyspiesza, kiedy go brakuje. Cóż, wtedy nam do śmiechu nie było. Dopiero groźba, której początkowo kierowca nie zrozumiał, bo za skomplikowanym językiem została wypowiedziana, a która po uproszczeniu brzmiała "No ferry, no money. Your problem." zaowocowała delikatnym zwiększeniem tempa podróży (klimy nie włączył). Na przystań dotarliśmy dosłownie 3 minuty przed czasem. Zabawne, kiedy pomyśli się, że wstaliśmy na totalnym relaksie i gdyby osoba, która pierwsza otworzyła oczy, postanowiła poprzeciągać się jeszcze z 200sekund, nigdy nie zobaczylibyśmy Phi Phi. Wszechświat jednak raz jeszcze okazał się łaskawy i udało nam się na prom dostać.
Od razu zajęliśmy strategiczne miejsca na samym dziobie, a ja zjadłem tam dwa kawałki kupionego na przystani ananasa na patyku, który to ananas najprawdopodobniej stał się przyczyną przewlekłych i poważnych rewelacji żołądkowych, z którymi wojowałem od tamtego czasu. W każdym razie wtedy, jeszcze nie wiedząc, że mój żołądek szykuje straszną zemstę za te wszystkie McDonaldsy od początku pobytu w Singapurze (w Polsce nigdy nie jadłem), siedziałem na samym dziobie koło Asi, Bartka i innych podróżników - prom był pełen - (ale to my byliśmy na samym dziobie:D), wiatr targał mi włosy (a rosną, rosną, trzeba im przyznać), co chwila mijaliśmy jakąś małą wyspę wystającą ze szmaragdowego Morza Andamańskiego i powiem Wam szczerze - to był jeden z tych momentów :)

Na promie - tam w tle Phi Phi

Jedna z wysp po drodze na Phi Phi

A to już Phi Phi - przybijamy do brzegu
Po dotarciu na Phi - Phi zainstalowaliśmy się w "hotelu", który miał napisane wyraźnie w "recepcji" (na Phi Phi wszystko powinno znajdować się w cudzysłowiu, bo ta wyspa to... ale o tym za chwilę), że nie odpowiada za hałasy żadnego typu. O jakiego typu hałasy może tu chodzić? Imprezowiczów wracających późno do domu? Delfiny w zatoce? Nieeee, oczywiście chodziło o hałasy młotów, łopat i betoniarek, jako że Phi Phi jest całkowicie zniszczone. Całkowicie. Wszystko jest totalnie prowizoryczne, na zasadzie cztery kije, a na nich deska to stolik w restauracji. Oczywiście wiadomo, że trochę przesadzam, ale naprawdę na Phi Phi bardziej niż gdziekolwiek indziej odczuwało się niszczące skutki tsunami.

typowy obrazek na Phi Phi

A to już nasz "hotel"

Zdjęcie t-shirtu - pamiętajcie, w dzisiejszym świecie wszystko da się przekuć na pieniądze.
No więc dzień na Phi Phi był totalnie chilloutowy. Poszliśmy na plażę oglądać zachód słońca. Plaża na Phi Phi to obrazek jak z filmu. Idealnie półokrągła zatoka, otoczona z dwóch stron stromo opadającymi wzgórzami, z przepiękną plażą ciągnącą się na całej jej rozciągłości. Zielony ocean, delikatna, ciepła bryza i tylko nasza trójka na całej plaży. Zachód słońća trwał może 10, 20 minut. Żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Nie bardzo da się takie momenty opisać. Przepięknie.


I zdjęcia z dnia:


odpływ...

... i przypływ.







Następnego dnia wróciliśmy do Phuket, jeszcze następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko i wrócliśmy din Singapuru. Kiedy wychodziliśmy z lotniska, zaraz przed drzwiami wyjściowymi zatrzymało nas paru celników, wskazało palcami na torbę Bartka, po czym poprosili go o to, żeby poszedł z nimi. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Okazało się, że kupił sobie kastet w Tajlandii, a broni do Singapuru wwozić nie można, także kastet został na lotnisku, a Bartek odebrał go sobie przy powrocie do Polski. Oprócz tego nie stało się nic nadzwyczajnego, także można powiedzieć, że tak zakończyła się nasza tajska przygoda, o której mogę śmiało powiedzieć, że była to jak na razie najlepsza i najbardziej interesującą wycieczka podczas mojego pobytu w Azji. Karol załączy niedługo swoją relację z tych samych miejsc - z rodziną podróżowali dokładnie po tym samym szlaku - ale nie wiem, jak pozytywne są jego odczucia, ale jak jestem pod wielkim wrażeniem Tajlandii. Nawet mimo tej cholernej wizy :)
A, jeszcze jedna historia, absolutnie urocza moim zdaniem. Ludzie w Tajlandii, w ogóle w każdym miejscu, do którego pojechałem, są bardzo, ale to bardzo uprzejmi (z tego zbioru wykluczam sprzedawcę, który za kark wyrzucił mnie ze sklepu). Wszyscy się uśmiechają, pomagają, są gotowi zrobić dla Ciebie wszystko, o co tylko poprosisz, jakby mieli go czynienia z jakąś gwiazdą co najmniej. Tłumaczyłem to Asi i Bartkowi w Bangkoku, kiedy jechaliśmy sobie tuk-tukiem przez miasto. Jedziemy, jedziemy, dość duży ruch, także nie pędzimy, a ja mówię, że w Azji biały człowiek jest półbogiem, wystarczy, że powie, czego mu potrzeba, a od razu to dostaje, że ma z racji koloru skóry dużo wyższy status, ma wszystko, czego chce i każdy chce mu jakoś pomóc. W momencie, kiedy skończyłem mówić, Asia i Bartek mieli średnio przekonane miny. Dokładnie w tej samej chwili, na pasie obok mnie, zatrzymał się samochód (bo zrobił się korek i staliśmy) z całą tajską rodziną w środku, wszyscy wpatrzeni w nas jak w obraz. Każdy jeden, bez wyjątku, a była tam matka, ojciec i trójka dzieci, szeroko się do nas uśmiecha, kierowca nieśmiało, aż z wyraźną ochotą otwiera okno, tak, że jest ode mnie może z 70cm, schyla głowę i wręcza mi torebkę z pieczonymi bananami, mówiąc "Proszę, zjedz, to dla Was od mojej rodziny, bardzo dobre, będą Wam smakować", uśmiecha się, schyla głowę i odjeżdza.
Dopiero po paru sekundach dotarło do nas w pełni, co się stało. Asia i Bartek nie mieli już wątliwości, że mówiłem prawdę :)) Historia była przepiękna.
A teraz, już na koniec, parę luźno wybranych zdjęć z całej Tajlandii:

Różnica pomiędzy systemem 12 a 24 godzinnym nie dla wszystkich zdaje się być jednakowo jasna :)

Dziewczynka jechała z ojcem motorem w Bangkoku. Nasz tuk tuk jechał na pasie obok. W momencie, kiedy nas wyprzedzali, nacisnąłem spust. Udało się :)

Jedna z tych uliczek w Bangkoku z nami w głębi

Do wyboru, do koloru

mniam mniam

mniam mniam

Pan z ulicy w Bangkoku

przystanek w Bangkoku

W Bangkoku nawet autobusy rzucają się w oczy

Bartek z mnichem

Asia pod wpływem lokalnej kultury

ja

Bangkok, gdzie tradycja spotyka nowoczesność :p

Matka z dzieckiem na Phi Phi

Całe menu po niemiecku. Można zamówić Bratwurst mit Sauersauce i inne przysmaki znad Renu. Niemieccy turyści opanowali świat.

tajski chłopiec płynie do "pięknej" turystki, którą przed chwilą zobaczył

Czy ktoś z Was ma jakiekolwiek wątliwości, że to będzie udany podryw? :pp

Asia ze swoim przyszłym mężem :D

Asia po tajskim słońcu.
Niniejszym kończę relację z Tajlandii. Niedługo pewnie, jeżeli już nie macie Tajlandii dosyć :p, dane Wam będzie poznać punkt widzenia Karola. Dzięki za uwagę i do usłyszenia następnym razem :)

0 Comments:
Post a Comment
<< Home