J&K away

Tuesday, March 28, 2006

Singapore - the city I live in

Na początku rzućcie okiem na parę zdjęć z Singapuru:

Singapur z lotu ptaka. To nie jest zdjęcie z Internetu :)

Business District

Jeden z budynków naszej szkoły
Singapore by night - widok z New Asia Bar
kliknij i zobacz w oryginalnym rozmiarze.
z drugiej strony New Asia Bar
=)

ten lew jest symbolem Singapuru.
Singapura - miasto lwa.
Singapore River



Singapur jest mały i zielony. Żeby taki został, rząd robi wszystko, żeby ograniczyć liczbę samochodów jeżdzących po ulicach. Singapurczycy są bogaci, w 1998 roku byli 4. najbogatszym narodem świata, nie znam bardziej aktualnych danych, kłamać nie będę (chociaż mógłbym, już widzę, jak ktoś to sprawdza :p), ale nie sądzę, że coś się w kwestii ich zamożności dramatycznie zmieniło, także jakby chcieli, to każdy by sobie kupił po 3 samochody i tym sposobem w kraju o powierzchni 572 km2 (hehe, to sprawdziłem, żeby nie było, chociaż już miałem rzucić jakiś numer) mielibyśmy 13 milionów samochodów (tak, to też sprawdziłem -4,4mln mieszkańców).

Jedna szybka ciekawostka i już wracam do samochodów - z tych 4,4 miliona mieszkańców aż jedna czwarta, ponad milion, to tzw. expaci, czyli biali z różnych stron świata, najczęściej Australia, Wielka Brytania i Stany, ale tak naprawdę chyba każdy kraj na świecie, którzy tu pracują, zarabiając często wielokrotnie więcej niż rodowici Singapurczycy. Expaci stanowią zdecydowanie najbogatszą część singapurskiego społeczeństwa, są specjalne sklepy dla expatów, kluby dla expatów itd - oczywiście nie takie, do których lokalni nie mogą wejść ani nic, po prostu droższe i mierzące w białego klienta, jakkolwiek by to nie brzmiało.


No więc, wracając do samochodów, rząd robi wszystko, żeby ludzi zniechęcić do kupowania aut i korzystania z publicznego transportu.
Po pierwsze, taksówki są tanie i jest ich bardzo dużo. Są trzy taksówkarskie firmy w Singapurze, wszędzie jeżdzą takie same samochody, Toyota Crown bodajże, nie ma w Europie, ale tu ogólnie jeździ dużo samochodów, których nigdzie indziej na świecie nie ma. W każdym razie te Toyoty Crowny są nie za nowe (ale nie za stare, bo po Singapurze nie można jeździć samochodem starszym niż 7 lat)(a przynajmniej taki samochód nie może jeździć jako taksówka, czy w ogóle nie może jeździć, to ręki uciąć sobie nie dam). Samochody poszczególnych firm różnią się od siebie tylko kolorem, są czerwone, żółte i niebieskie. Wszystkie mają na dachu znaczek, na którym wyświetlone jest TAXI, HIRED, ON CALL albo CHANGE - BEDOK (bo nie zapominajmy, że w Singapurze są jednak cztery oficjalne języki, bedok to zmiana po malezyjsku). TAXI jest zielone (napis), HIRED i ON CALL- czerwone. Czyli jak widzisz taksówkę z czerwonym napisem, to nawet nie machasz, bo wiesz, że się nie zatrzyma, a każda zielona powinna się zatrzymać. Jeżeli zadzwoni się po taksówkę, trzeba płacić dodatkowo - odwrotnie niż w Polsce. Wynika to z tego (a przynajmniej tak kolektywnie wywnioskowaliśmy), że oni, w odróżnieniu od naszych poczciwych, polskich taksówkarzy, są cały czas zajęci i jak mają jechać w jakieś określone miejsce, to w czasie, który zajmuje im droga do, mogliby zrobić inny kurs. Bardzo łatwo jest złapać taksówkę na ulicy z wyjątkiem godzin szczytu; rannego - 8-8.30 i wieczornego - 19-21. Wtedy jest to absolutnie niemożliwe i trzeba iść na postój, a na postoju zawsze jest mega kolejka i można czekać i pół godziny. Na ulicy taksówki się nie złapie i koniec, wszystkie są czerwone. Oprócz żółtych (mam nadzieję, że nadążacie, żółty kolor nadwozia, czerwony - napisu na dachu :p), bo niektóre z nich to starsze modele i nie mają na dachu kolorowego wyświetlacza, tylko cały czas zielony napis TAXI i mają tylko taki kurde mały, nieodblaskowy karton, który wkładają sobie za przednią szybę za lusterko i tam mają albo rysunek telefonu (odpowiednik ON CALL) albo rysunek ludzi (HIRED, jakby ktoś się nie domyślił hehe) albo jakieś tam jeszcze cholerstwo, ale ten karton jest mały, nie świeci się ani nic i za każdym razem masz nadzieję, że nadjeżdza wolna taksówka i wybiegasz na ulicę i machasz, machasz, machasz, aż oczom Twoim okazuje się zarys tego przeklętego kartonu i w tym momencie wiesz, że po prostu trafiłeś na starszy model żółte taksówki i trafia Cię szlag. Ale to tak na marginesie, bo chyba zboczyłem z tematu. Oprócz tych kolorowych, zwykłych taksówek, których jest w Singapurze 18,000, po ulicach jeździ też 2,000 bialych Mercedesów E-Klasa, które oznaczone są jako limo i mają lepsze i wyraźniejsze wyświetlacze na dachu, na których jest napisane LIMO (zielone), BUSY (czerwone) i tradycyjne ON CALL (czerwone). Normalnie są droższe chyba dwa razy niz normalne, ale nie zawsze. Trik polega na tym, że, jeżeli zadzwoni się po limuzynę albo weźmie się ją z postoju, wtedy płaci się więcej, ale jeżeli limuzyna zatrzyma Ci się na ulicy, wtedy jedziesz za normalną stawkę, która jest taka sama dla wszystkich taksówek w Singapurze, Toyota czy Mercedes. Czyli taksówek jest w Singapurze 20,000, z czego 10% to limuzyny. Kierowców też jest 20,000, z czego 10% to kobiety. Singapurczycy lubią mieć wszystko poukładane.

Kurde, Jurek, skup się.

No więc
po drugie, ( bo mówimy ciągle o tym, jak rząd zniechęca obywateli do posiadania własnego auta) posiadanie takiegoż wiąże się ze sporymi wydatkami. Najbardziej drastyczny następuje w momencie zakupu samochodu - podatki są niewyobrażalnie wysokie. Audi TT w Polsce kosztuje około 12otys. zł, nie wiem dokładnie. W Singapurze - uwaga - 400tys zł. Rząd nakłada na obywateli mega podatki od zakupu samochodu, sięgające 200% wartości samochodu, uzależnione od pojemności etc. W każdym razie ceny są zaporowe, a mimo to wielu Singapurczyków jeździ bardzo dobrymi samochodami, czyli normalnie mogliby sobie kupić pewnie po ferrari, a tak jeżdzą np. BMW 5.

Po trzecie, jak już sobie jednak Singapurczyk zaszaleje i samochód kupi, to wcale nie koniec przeszkód. Żeby być dopuszczonym do ruchu, musi zainstalować sobie takie brzydkie urządzenie, które nazywa się - zapomniałem, ale mniejsza o to - w każdym razie jest brzydkie, szare i ma się je zaraz za przednią szybą (tzn. przed przednią szybą, tzn. w środku), ma mały ekranik i slocik na kartę. (
slocik to chyba perfidny anglicyzm, nie? Jak powinienem napisać? Szczelinkę?:p), a służy do tego, żeby obsługiwać tzw. ERP, czyli Electronic Road Pricing, czyli system, który powstał, by ograniczyć ruch w centrum. Na każdej drodze prowadzącej do centrum zamontowane zostały bramki, przechodzące nad drogą. Każdy wjazd do centrum kosztuje, w zależności od pory dnia, od 0,50$ do 1,50$, a pieniądze ściąga się z tej małej karty z tego urządzenia. Karta działa jak tak-tak, doładowuje się ją w każdym Seven Eleven (7-11, czy Seven Eleven, to taka międzynarodowa Żabka, dla tych, co nie wiedzą, bo część na pewno wie, jako że oni są naprawdę międzynarodowi - w samym Singapurze jest chyba 400 miejsc, są wszędzie.Wbrew nazwie, większość jest całodobowa). Czyli jak przejeżdzasz przez ERP, to słyszysz piip, i na wyświetlaczu pojawia się kwota, którą właśnie zapłaciłeś. A to wszystko dzięki systemowi RDIF, czyli Radio Frequency Identification, który jest w Singapurze powszechnie stosowany i ma wiele zastosowań, a dowiedziałem się o nim na zajęciach z Retailing and Distribution Management, bo supermarkety chcą tu wprowadzić RDIF do sklepów, żeby nie było kolejek do kas, tylko - uwaga, Futurama - taki system, że wrzucasz do koszyka wszystko, co chcesz, a koszyk to sobie rejestruje automatycznie. Jak podjeżdzasz do kasy, to koszyk "mówi" kasie już z daleka, co w sobie wiezie i ile to ma kosztować, tak, że po prostu płacisz. Następnym krokiem ma być wyeliminowanie kasjerek w ogóle, tzn, ma być taki system - równolegle Walmart i Carrefour pracują nad tym, żeby go wprowadzić - masz specjalną kartę, którą płacisz za zakupy. Masz koszyk, który zapamiętuje przewożone artykuły. Wychodzisz po prostu ze sklepu do samochodu i po drodze, nie wyjmując karty z portfela, a suma podana systemowi przez koszyk zostaje odjęta z Twojego konta. Sprytne?

Ale dosyć o supermarketach.

Nie wiem wprawdzie, jak to jest, kiedy próbujesz przejechać przez ERP bez ważnej karty, ale, znając Singapur, nie zdziwiłbym bym się, gdyby nagle powietrze przed Twoim samochodem materializowałoby się w betonową ścianę albo coś podobnego. Ale wydaje mi się, że raczej system pamięta numer pudełka, nie karty, i wie, kto był taki niedobry i przejechał nie płacąc.

już wiem, jak to jest - zapytałem taksówkarza - system pamięta nr pudełka, czyli samochód, czyli właściciela. Za każdy nieautoryzowany przejazd kara 10$ + należna kwota.

Albo, po czwarte, w ogóle można sobie kupić samochód z niebieskimi rejestracjami, którym można poruszać się po mieście w godzinach od 19 do 7, wtedy jest dużo tańszy. Chyba już o tym wspominałem, ale koncept jest na tyle oryginalny, że nie zaszkodzi przybliżyć go jeszcze raz :)

To wszystko skutkuje naprawdę niskim współczynnikiem liczby samochodów na mieszkańca. To z kolei pozwala zachować Singapur takim, jakim jest, albo przynajmniej w zbliżonej formie. A Singapur jest najbardziej zielonym miastem na świecie (ach, oni i to ich NAJ) i to jest po prostu niesamowite, bo naprawdę całe miasto jest totalnie zielone! Wszędzie są drzewa, krzewy, kwiaty, trawniki, cały czas widać coś zielonego. Moje ulubione drzewa to taki wielkie, rozłożyste, quasi baobaby, takie afrykańskie lekko (nigdy nie byłem w Afryce, ale oglądam National Geographic i Discovery), bardzo ładne, muszę zrobić zdjęcia.

W ogóle Singapur to jest przemyślane państwo.

Ciężko je będzie opuścić. A to już niedługo - sesja kończy się 13 kwietnia, ale ja nie mam żadnych końcowych egzaminów, wszystko zaliczyłem tymi projektami, także oficjalnie nauka skończy się dla mnie za parę dni, a tak naprawdę to już się skończyła, bo zostały do napisanie tylko końcowe raporty (w sumie to nie takie tylko, te raporty są najważniejsze), ale ja nie jestem anglojęzyczny i zasugerowałem we wszystkich swoich grupach, że, w imię wspólnego dobra, bo grupa oceniana jest jako całość, dobrze byłoby, gdyby raporty zostały napisane przez natywnych. Przy składaniu tych propozycji można powiedzieć, że nie starałem się mówić jakoś przesadnie dobrze po angielsku i wszystkie grupy wyraziły co najmniej milczącą aprobatę, czyli koniec końców, nie muszę nic pisać, a wszystkie prezentacje mam już za sobą, także mogę sobie trochę swobodniej odetchnąć :)

A z prezentacjami było trochę stresu, miniony tydzień mam prawo zaliczyć do pracowitych. Z dwóch przedmiotów, Small Business Consulting i Retailing and Distribution Management (czyli SBC i RDM) prezentacje poszły gładko, bo też i atmosfera przez cały semestr była bardzo rozluźniona, my, exchange, byliśmy rodzynkami obydwu grup, także mogliśmy pozwolić sobię na odrobinę luzu i z racji tego obydwie prezentacje zrobiliśmy "z jajem", nie znamy jeszcze ocen, ale na pewno będą dobre. Prezentację ze Sports Marketing mieliśmy dwa tygodnie temu, także o niej to już zapomnieliśmy. Został jedynie ten nieszczęsny BGS, Business, Government and Society, z którego miałem tę podbramkową sytuację. Dwa tygodnie temu była pierwsza tura prezentacji, w której moja grupa na szczęście nie prezentowała, dzięki czemu mieliśmy okazję zobaczyć, na czym to polega i czego możemy oczekiwać, a także, jakie środki przedsięwziąć, żeby zminimalizować druzgocący efekt krytycznych komentarzy panelistów zaproszonych przez naszego profesora, wśród nich takie grube ryby, jak szef banku, facet, który wprowadzał reformy ekonomiczne w Gruzji, prezesi wielkich firm, a którego to miażdzącego deszczu krytyki cała nasza grupa oczekiwała z pewnością bliską 100%. Profesor, gej z Izraela, który skończył Wharton Business School, gdzie dorobił się stopnia doktora, niejaki Sheen S. Levine - a w ogóle to tak wygląda:
powiedział nam wcześniej, że należy się oficjalnie ubrać. Większość studentów odgrażała się, że przyjdzie ubrana całkowicie normalnie, w tym i ja (tzn. gwoli ścisłości ja się nikomu nie odgrażałem, po prostu całkowicie to zignorowałem). Przyszła środa, dzień zajęć, ja przyszedłem lekko spóźniony i okazało się, że jedyne wolne miejsce jest w pierwszym rzędzie, dokładnie naprzeciwko dyskutantów, a że miałem na sobie wytarte jeansy i brudne trampki, to nie do końca czułem się na miejscu, bo okazało się oczywiście, że wszyscy ci, którzy się odgrażali, przyszli w marynarkach, koszulach i krawatach, także lekko się wyróżniałem. Także, żeby nie czuć się tak głupio, obiecałem sobie, że za tydzień, kiedy to ja będę prezentował, muszę przyjść w ładnym garniturze.

Problem polegał na tym, że nie miałem swojego garnituru, bo nie przywiozłem go z Polski, a mało kto jest moich rozmiarów, bo ludzie nie przywiązują generalnie wagi do siłowni i do tego, żeby każdy mięsień był doskonale wyrzeźbiony, także ciężko znaleźć kogoś szczupłego, a jednocześnie tak umięśnionego jak ja (:pppp), a oprócz tego okazało się, że, już nawet abstrahując od właściwych rozmiarów, większość exchange'ów pozostawiała swoje garnitury w domach, także miałem dość ograniczone pole manewru. Po długim namyśle dogadałem się z Andreą, że pożyczę jego garnitur na środę. Andrea jest co prawda trochę większy ode mnie (a od czasu przyjazdu do Singapuru zyskał nawet trochę brzuszka, co cały czas skrzętnie ukrywa, ale widać :p), ale postanowiłem nie przykładać do tego aż takiej wagi i pokryć braki w wyglądzie merytoryczną stroną mojego wystąpienia. Także sprawę ubioru - a była to kwestia naprawdę kluczowa, bo czułbym się jak kretyn bez garnituru - miałem załatwioną. Przynajmniej tak mi się wydawało do wtorkowego popołudnia, kiedy to Andrei przypomniało się, że jednak jutro ma prezentację i nie może mi pożyczyć garnituru. Miałem niecałe 24h, żeby skombinować sobie strój. Do wieczora nie udało mi się załatwić nic oprócz butów, które to Jake - kolega - miał mi przynieść następnego dnia o 12 (prezentacja była o 15.30). Obudziłem się rano o 9 i zacząłem gorączkowo myśleć. Karol miał garnitur, Greg miał garnitur (wszyscy chodzimy na BGS i wszyscy mieliśmy tego dnia prezentację), a ja nie. O 11 zdecydowałem pożyczyć od Andrei jego drugą koszulę i marynarkę. Za duże, ale niech to szlag trafi. W Karola szafie znalazłem jakiś krawat. Pognieciony strasznie, ale niech to szlag trafi. Brakowało mi spodni, a butów nigdy nie widziałem i nie wiedziałem, czy w ogóle będą pasować. O godzinie 14 złapałem kumpla, który, z którym chwilę przedtem skończyłem prezentację z RDM i powiedziałem mu, że absolutnie potrzebuję jego spodni (bo akurat miał spodnie od garnituru, a też jest chudy - tfu, umięśniony - jak ja). No więc ten dobry chłopak imieniem Roy - bo wypada go tutaj wspomnieć - dał mi swoje spodnie i wziął moje jeansy. Na tym etapie miałem za dużą koszulę i marynarkę, pognieciony krawat, za małe spodnie (tzn za krótkie) i białe, pobrudzone trampki. Tak odziany przeszedłem przez pół szkoły, do sali, w której zajęcia miał Jake, wziąłem od niego buty, które mi przyniósł, bardzo nieładne, ale na tamtym etapie było mi wszystko jedno (od prezentacji dzieliło mnie pół godziny, a nawet nie powtórzyłem sobie jeszcze swojej części, nie miałem jej spisanej na karteczkach, jak wszyscy inni, nie miałem nawet czasu pomyśleć o tym, co i kiedy mam mówić, tak bardzo skoncentrowany byłem na skompletowaniu garderoby), założyłem je i zacząłem się martwić prezentacją. Problemów było kilka. Po pierwsze, przed nami występowała grupa Grega (a Greg swoją grupę wybrał bardzo mądrze, tj. na pierwszych zajęciach siedział i obserwował, kto się najbardziej udziela, po czym dołączył do tej grupy, nam - Karolowi i mnie, którzy dołączyliśmy do tego kursu tydzień później - i to tylko dlatego, że Greg, nie znając przyszłości, naopowiadał nam, jaki ten kurs łatwy, jaki nauczyciel bezstresowy etc, - pozostawiając już samych średniaków) a grupa Grega to klasa sama w sobie i byliśmy pewni, że przygotują taką prezentację, że ktokolwiek wystąpi po nich, nie będzie miał łatwego zadania. A tym kimś byliśmy my. Po drugie, nie przećwiczyliśmy naszej prezentacji ani razu, tzn. niby każdy wiedział, co mówi i po kim, ale ani razu nie sprawdziliśmy tego w praktyce, ba, podczas tej ostatniej pół godziny przed zajęciami wyszło na jaw, że nikt z mojej grupy nie umie swojej części na pamięć, a o grupie Grega wiedziałem (inni nie wiedzieli, a ja nie widziałem powodu, żeby ich jeszcze bardziej dołować), że mają wszystko przećwiczone tak, że wiedzą, kto kończy w której sekundzie, wszystko dopięte na ostatni guzik i po trzecie wreszcie, nawet gdybyśmy przećwiczyli tą prezentację 100 razy i wszystko byłoby perfekcyjnie przygotowane, to i tak prezentacja służyła jedynie po to, żeby opowiedzieć o naszym projekcie, a my byliśmy głęboko przekonani, że nasz projekt jest totalnie do niczego, a skoro my tak uważaliśmy, to nie było powodu, żeby mieć nadzieję, że fakt ten umknie uwadze naszych wybitnych panelistów i naszego profesora, który swoim izraelskim akcentem bardzo lubił zauważać różne braki i niedociągnięcia. Z tych trzech powodów nie czuliśmy się za pewnie, kiedy zegar pokazał 15.30, a my wszyscy zasiedliśmy w rzędach w sali numer 3.8, która to miała okazać się miejscem naszej finałowej potyczki z BGS.

O prezentacji grupy Grega można by napisać dużo. Że była efektowna, rzeczowa, imponująca, merytorycznie wyczerpująca itd. Ja napiszę po prostu, że była profesjonalna. Co wcale nie ułatwiało nam zadania. Kiedy profesor zapowiedział naszą grupę, wstaliśmy i ruszyliśmy ku środkowi sali niczym stado owiec idących na rzeź. Prezentacja trwała 15 minut, tyle, ile trwać miała, po czym nastąpił czas komentarzy. Ku naszemu niebotycznemu zdziwieniu pierwszą rzeczą, jaką usłyszeliśmy, było "Dobra robota". Zamurowało nas. Jaka, kurde, dobra robota? Że niby gdzie, w którym miejscu? Czy to czysty sarkazm, czy po prostu nasi utytułowani recenzenci tak długo zbierają myśli, że ten komentarz odnosił się jeszcze do poprzeniej grupy, o której na pewno można było powiedzieć "dobra robota"? O dziwo, nie. Ten komentarz odnosił się do naszej prezentacji, która jakimś cudem spodobała się wszystkim panelistom i profesorowi też. I to nie jest tak, jak część z Was może sobie pomyśleć, że stosuję tutaj jakże popularną taktykę pt. powiedz, że coś, co uważasz za dobre, jest słabe, żeby potem móc udawać zaskoczonego, kiedy ktoś powie Ci, że to jest dobre - nasza prezentacja naprawdę była kiepska. Musieliśmy chyba jednak zrobić dobre wrażenie, bo ocenili nas bardzo pozytywnie. A tak naprawdę to wszystko kręci się wokół wrażenia, jakie robisz, prawda? Był jeszcze jeden, bardzo zabawny dla mnie moment. Otóż na początku pracy nad tym projektem moja działka nazywała się związek polityki finansowej, a konkretnie ulg podatkowych przysługujących firmom - filantropom, na zaangażowanie tych firm w filantropię. W końcu postanowiliśmy tego nie robić, bo okazała się za trudna, a jedyną rzeczą, która utkwiła mi w pamięci, był fakt, że od 2002 roku firmy, które dają pieniądze na jakieś wydarzenie, ale które mogą postawić tam swoje bannery itp, mogą korzystać jedynie z pojedyńczego odpisu od podatku, nie podwójego, jak wtedy, kiedy darczyńca pozostaje anonimowy. No więc w czasie naszych komentarzy padło stwierdzenie, że ciekawe mogłoby być zanalizowanie wpływu polityki podatkowej państwa na rozwój filantropii korporacyjnej, na co niedbałym tonem stwierdziłem, że od czasu zmiany przepisów w 2002, które wprowadziły takie to a takie elementy, nastąpił wzrost o 17% w stosunku do roku ubiegłego i wzrost ten nie skończył się do dnia dzisiejszego, także możemy wnioskować o bezpośrednim wpływie tej polityki na filantropię i z trudem przyszło mi powstrzymać się od śmiechu, bo wszyscy moi dyskutanci pokiwali z uznaniem głowami, także chyba wywarłem wrażenie wszechstronnie przygotowanego, a w rzeczywistości od bycia wszechstronnie przygotowanym byłem tak daleko, jak to tylko możliwe :)

A to reszta moich nauczycieli:







Eugene Wong, Small Business Consulting




















John Davis, Sports Marketing

















Thomas Tan, Retailing and Distribution Management


Tyle =)!

0 Comments:

Post a Comment

<< Home