The Singapore Zoo (mówiłem, że mi nie ucieknie)
tamtam tam tam tam,
tam-ta-ram, tam, tataaaaaaam!
Tak, tak, tak!!! Nie mylisz się! Po długiej, dwutygodniowej przerwie w końcu WRACAMY, także rzesze naszych zagorzałych fanów mogą w końcu odetchnąć! Od ostatniego update'a trwały bardzo intensywne poszukiwania nowych tematów i już teraz mogę Ci powiedzieć - nie będziesz się nudzić! :))
A tak poważnie to mamy Ci mnóstwo do opowiedzenia. Od ostatniego wpisu minęło skandalicznie dużo czasu i chcieliśmy Cię w tym miejscu przeprosić, że kazaliśmy Ci czekać tak długo - dwa tygodnie! - na kolejny odcinek naszych przygód. To nie tak, że nie działo się nic, co mogłoby posłużyć za ciekawy materiał na update; po prostu nie mieliśmy ani chwili wolnego czasu, żeby usiąść i coś napisać, bo jedna akcja goniła drugą, a to do szkoły coś trzeba było zrobić, a to gdzieś pójść, gdzieś zadzwonić, z kimś się spotkać i z tego wszystkiego pisanie bloga stało się dobrem mocno luksusowym, któremu dopiero teraz mogę się poświęcić. O, jak dobrze. Mi też tego brakowało :)
A najważniejszym powodem, dla którego zarówno Karol, jak i ja byliśmy ostatnio zajęci, było to, że zaczął się wreszcie tak wyczekiwany sezon odwiedzin! Przez ostatnie dwa tygodnie populacja naszej małej polskiej społeczności w dzikiej Azji rosła w postępie prawie geometrycznym, tzn. najpierw się podwoiła, bo przyjechali Piotrek i Alek (tym samym lotem i tymi samymi liniami, tyle, że dzień po dniu), a po kilku dniach powiększyła się (populacja) o połowę wraz z przyjazdem Agaty i Maćka (no ładne mi tempo geometryczne, oj Jurek Jurek - przyp.red.). Ja najbardziej cieszyłem się na przyjazd Alka (http://w8.grono.net/users/56230/detail/), bo to mój przyjaciel osobisty, a reszty nie znałem albo znałem bardzo pobieżnie, ale na miejscu okazało się, że wszyscy są fantastyczni, nawet Piotrek, i mieliśmy naprawdę zwariowane 10 dni, które pozostaną w mojej pamięci na długo. No więc bawiliśmy się przez te 10 dni wspaniale. Generalnie można ich pobyt (który notabene się jeszcze nie skończył, ale o tym za chwilę) podzielić na dwie główne części - Singapur i Bali, bo to właśnie tam wszyscy w szóstkę pojechaliśmy na wyjazd, którego założenie operacyjne przedstawia się w trzech słowach: leisure-pleasure-plaża. Ale po kolei.
A w ogóle to tak wyglądamy z Alkiem:

W Singapurze spędziliśmy z Alkiem przed wyjazdem na Bali nędzne dwa dni, także siłą rzeczy nasze możliwości zwiedzania były mocno ograniczone. Ale - ALE - uwaga! - poszliśmy do Zoo w końcu, także oficjalnie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że wszystkie singapurskie must see mam zaliczone! Zoo okazało się niesamowite, Singapurczycy chwalą się, że to najlepsze zoo na świecie (mała dygresja - oni w ogóle uwielbiają to sformułowanie najlepsze na świecie, mają tyle rzeczy najlepszych na świecie , że koniec - najlepsze wolnocłowe lotnisko na świecie, najlepsze linie lotnicze, najlepsze zoo, najlepszych studentów - chociaż moją opinię na temat tych ostatnich już tu gdzieś wyraziłem wcześniej i nic się od tego czasu nie zmieniło). No więc zoo jest oddalone od Singapuru-miasta spory kawałek, także dookoła nie ma totalnie nic oprócz dżungli. Naprawdę bardzo, bardzo ciekawie zrealizowana koncepcja zoo. Może nie tyle, jeżeli chodzi o zwierzęta, no bo za dużo nowości w świecie biologii wyczarować nie są w stanie, nawet z takim hi-techowym zapleczem, jakie oni tu mają i wiadomo, że będzie tygrys, słoń i żyrafa, a nie tyranozaur, pterodaktyl i tygrys szablozębny, ale jeżeli chodzi o całą otoczkę tj. jak to zoo wygląda, jak jest zabudowane, jakie rośliny rosną naokoło, jak niektóre zwierzęta nie są od Ciebie w ogóle odgrodzone, tak, że możesz np. nadepnąć skunksowi na ogon, jeżeli jesteś skończonym idiotą :D, a przede wszystkim jak cicho i spokojnie tam jest, naprawdę trzeba powiedzieć, że czuje się, że jest się w prawdziwie tropikalnej dżungli, z dala od cywilizacji. Nie jak w warszawskim zoo, w którym, stojąc pod klatką z tygrysami można, przy odrobinie szczęścia, siły i techniki, strzelić z procy w stojący nieopodal w korku autobus komunikacji miejskiej. Singapurskie zoo jest przechilloutowe. Niekiedy trzeba było sporego zaparcia, żeby pokonać niektóre trasy, spójrzcie:

nie było łatwo

kto wejdzie dalej?

fotograf z talentem + model z doświadczeniem = skazani na sukces ;PPP

Singapur, państwo prawa, za którego łamianie grożą tu drakońskie kary

Polak w Singapurze

wanna mess with the white guy?
A teraz historyjka. Przed wejściem do zoo mieliśmy okazję pooglądać różne występy, w tym show w wykonaniu grupy malezyjskich tancerzy z dżungli. Byli niesamowici, jak tak pluli tym ogniem, krzyczeli coś do Ciebie itp. No, ale zobaczcie sami:


tfu!
Wszystko było ładnie i pięknie, aż do momentu wybierania "ochotników" do sztuczek z tłumu.

tu zaczęły się kłopoty. Powyższe zdjęcie powinno być graficzną interpretacją powiedzenia "dobra mina do złej gry".
Na początku nieśmiały i przerażony, z czasem obudziło się we mnie zwierzę sceniczne i proszę, spójrzcie tylko, co wyczyniałem, jak tylko dostałem się na scenę:

zaczęliśmy od prostych trików, z gatunku tych, które robi się codziennie rano, żeby się rozbudzić. Przy następnych trikach Alek z przerażenia zapomniał naciskać spustu w aparacie, także nie ma zdjęć.

Zaraz po zaprezentowaniu tłumowi Pozy Wściekłego Tygrysa tancerze z dżungli usunęli mnie ze sceny, zazdrośni o atencję tłumu, którą niechybnie byliby stracili na rzecz mojej nieokiełznanej ekspresji.
Now, who still says white people can't jump?!

World Press Photo 2005,
III nagroda w kategorii Natura

World Press Photo 2005,
wyróżnienie w kategorii Kulinaria

World Press Photo 2005,
I nagroda w kategorii Emocje

w buszu trzeba czujnym być. Wróg może czaić się za każdym krzakiem.

przed korporacjami nie uciekniesz
Krótki odcinek i to w dodatku cały o mnie, okropne. W drodze długi, o całej bandzie i przygodzie na Bali. Studiować też trochę muszę, dlatego częściami będę to publikował, wybaczcie :)
