J&K away

Friday, April 21, 2006

Tioman z innej perspektywy

Witajcie,

Jurek jakby wykrakał mówiąc, że nigdy nie wiadomo czy jakiś update się nie pojawi w ciągu najbliższego miesiąca albowiem miał się nie pojawić z powodu braku dostępu do Internetu podczas zwiedzania prawdziwej Azji, ale...miałem małą przygodę zdrowotną, taką tam drobną operację, nic groźnego ale mam otwartą ranę narażoną na zarazki więc bieganie po dżunglach Myanmaru nie byłoby najmądrzejszym zajęciem w tej sytuacji, dlatego zostałem na naszej kochanej One Tree Hill i zbieram siły na zwiedzanie Kambodży razem z resztą naszej małej drużyny, do której dołączymy w przyszłym tygodniu z moim przyjacielem Marcinem, który przyleciał odwiedzić mnie w niedziele i zostaje z nami do końca pobytu w Azji. Śmiejemy się, że zrobiliśmy sobie sanatorium w tropikach, Marcin bowiem też nie jest w idealnej kondycji zdrowotnej i po operacji, która niedawno przeżył ma obie dłonie w gipsie, ale że jest prawdziwym polskim twardzielem zdecydował się nie odwoływać przylotu i walcząc z przeciwnościami losu przylecial zdolny operować tylko 7 z 10 palców obu dłoni;) Suaby nie jest, prawda?:) No więc prosto z senatorium w tropikach krótki update, który miał być nurkowaniu w Tioman ale będzie o mydle i powidle:)

Kilka słów o służbie zdrowia w Singapurze: kapitalistycznej w pełnym tego słowa znaczeniu :) Nie masz pieniążków lub ubezpieczenia, przepraszamy, proszę poszukać innego szpitala. Ja ze swoją dolegliwością wylądowałem w Singapore General Hospital ( SGH ) po wcześniejszym konsultacjach z lekarzem w szkolnej klinice. Wszyscy byli bardzo mili i bardzo profesjonalni ale jak zwykle w Singapurze przed każdym gabinetem czekałem w kolejkach. SGH to największy publiczny szpital w Singapurze ale poziomem usług przypomina szpiatle prywatne w Polsce...Przyjęto mnie do szpitala około pólnocy 13 kwietnia i początkowo miałem leżeć w sali 8mio osobowej!!! Nawet w Polsce chyba nie ma tak licznych sal. To była jedyna sala, która mogli mi zaproponować z uwagi na brak możliwości potwierdzenia posiadanego przeze mnie ubezpieczenia ale jak tylko zdecydowałem się wpłacić depozyt od razu miałem do wyboru sale 4 osobowe, 1 osobowe z klimatyzacja i tv, etc...No więc dostałem piękny pokój tylko dla siebie z klimatyzacją, tv, łazienką, naprawdę bardzo miły. Zrobiono mi badania, które trwały do 2 w nocy w czwartek a w piątek rano miałem operację, po której od razu dostałem naprawdę dobre jedzonko, spędziłem kolejną noc i w sobotę wypuszczono mnie do domu. Wszystko miło, sprawnie i bezboleśnie więc jeśli nie daj Boże komukolwiem z was przyjdzie korzystać z usług medycznych w Singapurze nie ma się czym stresować, upewnijcie się tylko, że macie dobre ubezpieczenie. To chyba tyle o służbie zdrowia:)

A teraz informacja dla wszystkich miłośników Jurka:rodziny, którą serdecznie pozdrawiam, kochanek, przyjaciół etc;) Jurek i reszta prawdopodobnie jeszcze nie zostali zakładnikami wojennymi w Myanmarze albowiem właśnie dostałem od niego maila,w którym nie prosi o pomoc, więc chyba ma się dobrze i chyba jednak gdzieniegdzie w tym kraju jest dostęp do Internetu:)

No a teraz o tym o czym oryginalnie miało być w tym poście czyli nurkowaniu w Tioman. Jako, że Jurek opisał Wam wyspę wyśmienicie w poprzednim poście, ograniczę się tylko do morskich głębin, no może nie do końca;)

Tytułem wstępu ja,Karol piszący tego posta kocham wodę i wszystkie sporty wodne i jedynym którego do tej pory nie uczyłem się uprawiać było nurkowanie, którego od lat chciałem się nauczyć ale jakoś nie było okazji. Jako że miałem chwilę wolnego czasu przed ostatnim egzaminem w SMU, postanowiłem zapisać się na kurs Padi Open Water Diver. Zachęcony bardzo pozytywnymi wrażeniami Mario, który zrobil taki sam kurs w poprzednim tygodniu wybrałem szkołę Gill Divers, którą z czystym sumieniem polecam każdemu kto zdecyduje się nurkować w tych rejonach świata. Wspaniali instruktorzy i wspaniała przygoda. Sam kurs wygląda tak, że po przestudiowaniu grubej książki odbywają się na początku tygodnia zajęcia teoretyczne trwające kilka godzin i traktujące głównie o środkach bezpieczeństwa podczas nurkowania. Kolejnym etapem jest kilu godzinna sesja w basenie gdzie zostaliśmy nauczeni obsługi sprzętu i różnych umiejętności niezbędnych podczas nurkowania w otwartej wodzie. Piszę zostaliśmy albowiem dołaczyły do mnie 2 koleżanki, Jana ze słowacji i Olivia z Francji i w 3 osobowym squadzie przeżywaliśmy tę przygodę. Po tym przedsmaku nurkowania w basenie nie mogliśmy się wszyscy doczekać prawdziwego morza i raf, nieodłączną częścią kursu jest bowiem 5 nurkowań treningowych w otwartej wodzie, które w naszym przypadku mieliśmy odbyć podczas wycieczki na Tioman. Tak też się stało, wyruszyliśmy na Tioman w piątek wieczorkiem a dotarliśmy na miejsce około 3 w nocy. Zmęczeni podróżą nie dostaliśmy zbyt wiele czasu na odpoczynek. Już o 8 rano wypływaliśmy na całodniową wycieczkę nurkową w okolicach Tioman. Jak nam wytłumaczono, nurkowanie w tym rejonie tak właśnie wygląda, że wypływa się łodzią rano i przemieszcza od jednej wysepki do drugiej oglądając różne rafy. Po około 2 godzinach od wypłynięcia wykonaliśmy pierwszego nurka na 11 m, podczas którego musieliśmy udowodnić, że potrafimy powtórzyć umiejętności nabyte w basenie w warunkach otwartej wody i glębokości. Drugie nurkowanie zrobiliśmy po godzinnej przerwie potrzebnej na napełnienie butli i przemieszczenie się na inną rafę. Tym razem również chodziło głównie o sprawdzenie kolejnych umiejętności i ćwiczenie kontrolowania wyporności, ale zeszliścmy na 14m i kilka ladnych rybek ukazało się już naszym oczom. Ostatnie nurkowanie tego dnia było już czystą przyjemnością. Nurkowaliśmy w okolicy skalnej wyspy z ogromnymi głazami pokrytymi piękną rafą, widzieliśmy pionowe ściany raf, jaskinie i wiele wspaniałych zwierzątek, których nazw nie jestem w stanie wymienić ale rekinów nie było :( Zdryfował nas silny prąd z którym musieliśmy walczyć w oczekiwaniu na łódź ale zmęczenie zostało calkowicie zagłuszone podniesionym poziomem adrenaliny we krwii, super!!!3 nurkowania tego samego dnia dla takich laików jak my to naprawdę sporo więc po kolacji wpadliśmy do łóżek prawie martwi i gdyby nie nasz wspaniały instruktor, który obudził nas o 6:45 pewnie spalibyśmy pół niedzieli ale nie było o tym mowy. Śniadanko, wskoczyliśmy na łódkę i popłynęliśmy w poszukiwaniu kolejnych przygód. Czwarte nurkowanie sprawdzało jeszcze jedną umiejętność związaną z bezpieczeństwem ale to trwało 2 minuty po czym w nagrodę za dobre sprawowanie, Jana, Olivia i ja zostaliśmy zabrani przez Sebastiana, naszego divemastera pod wodę w poszukiwaniu wraków!!! Tak, tak zeszliśmy na 20 m (tylko cicho sza bo to o 2 m za głęboko niż pozwalają przepisy a Sebastian jest bardzo dobrym człowiekiem i nie chcę żeby stracił pracę ;) i zobaczyliśmy 7 wraków statków. W oddali wyłaniał się jeszcze 8my ale Sebastian stwierdził, że tam jest już 25+ metrów więc troche za głęboko jak na takich amatorów jak my. W każdym bądź razie było to największe przeżycie tego weekendu. Początkowo myślałem, że te statki mają kilkadziesiąt lat i już sobie zacząłem układać ich historię po czym szybko wróciłem na ziemię dowiedziawszy się, że zostały zatopione 6 lat temu:) Tak więc powiem Wam, że proces rozkładu drewna następuje bardzo szybko w wodzie :) Poza tym podczas tego nurka doświadczyłem jak to jest kiedy kończy się tlen w butli:) Ogólnie piękne przeżycia. Piąte i ostatnie nurkowanie zrobiliśmy dookoła prywatnej wyspy jakiegoś króla, mniejsza o niego, najważniejsze, że rafa była cudowna i widzieliśmy mnóstwo pieknych zwierząt, jednak rekiny na które najbardziej liczyłem zrobiły sobie wolne i nie chciały się nam pokazać. To nic, jeszcze się kiedyś spotkam z nimi, za daleko nie uciekną przecież, prawda:) ? Po tych wszystkich przygodach wróciliśmy około 22 do domciu jako dumni posiadacze kart Padi Open Water Diver więc do zobaczenia gdzieś pod wodą:)

A oto kilka zdjęc, niestety z nie mojego autorstwa ale naszych instruktorów. Mój aparat jakoś nie lubi wody i nie chciał się zanurzyć;) Zdjęcia nie są najlepsze gdyż nasi instruktorzy testowali nowe aparaty Olympusa, nad który jak sami widzicie musi producent jeszcze trochę popracować aby zaczęły rozróżniać kolory pod wodą, ale przynajmiej możecie zerknąć na te, które są:)


Zachód słońca na Tioman...
Gdzie jest Nemo?
Znalazł się ;)
I wcale nie boi się obiektywu;)
Tak, nurkowanie jest super ;)
Ogórek morski czy jakoś tak:)
Nemo jest zdecydowanie moim ulubionym zwierzakiem morskim:)
Nie jesteście jeszcze znudzeni Nemo, prawda:) ?
Na wypadek gdybyście jednak byli, przedstawiam Wam Sebastiana, naszego Divemastera.
Spójrzcie uważnie a w głebi odnajdziecie "wiekowe" wraki, które oglądaliśmy;)

Ławica rybek...
I jeszcze z drugiej strony...
Jana ;)
Domki pod wodą...
Groźnie wyglądająca rybka...
Na wypadek gbyście się stęsknili;)
A to zdecydowanie najbrzydsza ryba jaką widzieliśmy...
Ławica barakud...
Rybki się nas nie bały...
A żegna Was Jana oraz nasz instruktor Jimmy:-)

To by było na tyle. Mam nadzieję, że tym razem nic już nie stanie na przeszkodzie i odezwiemy się do Was w okolicach 20 maja z dużą relacją z Myanmaru, Wietnamu, Laosu, Kambodży i Tajlandii więc nie kasujcie linka do jandkaway.blogspot.com, jandk is still away and will get back to you as soon as possible;)

Saturday, April 15, 2006

Co i Jak

Witajcie!

Tutaj takie urwanie głowy, że nawet nie mamy czasu usiąść i napisać Wam, co się dzieje. A dzieje się sporo.

Po pierwsze i najważniejsze, nadszedł czas naszej wielkiej podróży. I to tak dosłownie nadszedł, bo wylatujemy jutro. Plany odnośnie podróży zmieniały się wielokrotnie, czasami z godziny na godzinę i nawet teraz nie mamy pewności, jak to wszystko będzie wyglądać. Na pewno wyjeżdzamy z Singapuru na okrągły miesiąc i na pewno zaczynamy od Bangkoku, a potem lecimy do Mianmaru. Resztę decyzji będziemy podejmować na bieżąco, nie mamy nic zarezerwowanego, wszystko spontan, prawdziwy backpacking. Plan jest taki, żeby z Bangkoku, do którego lecimy z wszystkimi studentami, którzy jeszcze uchowali się w Azji (a będzie tego ponad 20 sztuk), polecieć do Mianmaru we wtorek (czyli 3 dni w Bangkoku), a potem z Mianmaru dostać się jakoś do Hanoi w Wietnamie, przejechać Wietnam z północy na południe, zahaczyć o Laos, potem dostać się do Kambodży, zjechać całą Kambodżę, a potem dostać się do Tajlandii, gdzie przez tydzień chcemy poodpoczywać i pobawić się na comiesięcznym Full Moon Party. Po Full Moon Party, a to będzie już 13 maja, wracamy do Singapuru na 1 dzień i 15 maja lecimy do HongKongu, gdzie spędzimy parę dni, po czym polecimy do Amsterdamu i do Warszawy! (Jupi!)

Taki jest plan. Na pewno napotkamy szereg problemów, ale wierzymy, że uda się go zrealizować. Pierwszym problemem może być to, że w Mianmarze parę dni temu wybuchła wojna domowa. My mamy już bilety, poza tym podobno nie jest to takiś wieeelki problem, także jedziemy tam i tak. Tym bardziej, że to podobno najpiękniejszy z wszystkich krajów, które będziemy mieli okazję zobaczyć, w ogóle najpiękniejszy kraj w Azji (tak, tak, słyszeliście mnie dobrze Chinole :D. Tak przynajmniej mówią przewodniki.) Przy wjeździe do Mianmaru trzeba pokazać na granicy co najmniej 200USD w gotówce. Powód? W całym kraju nie ma ani jednego bankomatu! :)) Także zapowiada się egzotycznie.

A główny powód, dla którego zapoznaję Was tak szczegółowo z naszymi planami, to fakt, że najprawdopodobniej nie będziemy mieli sposobności uaktualniać bloga w czasie tej podróży, także pewnie zrobimy Update Życia po powrocie, a w międzyczasie jandkaway.blogspot.com nie będzie uaktualniany. Najprawdopodobniej, bo nigdy nie wiadomo. Gdyby jakiś update się jednak pojawił, to na pewno dowiecie się o nim pierwsi.

Nic, idę się pakować. Trzymajcie za nas kciuki! :)

Monday, April 03, 2006

Tioman

Pozwolę sobie powiedzieć na początku - wydaje mi się, że nasz blog przeżywa teraz chyba najaktywniejszy okres w swojej historii! Co parę dni macie pełnowartościowy update, zdjęcia, opisy, ach, och! :DD To może znaczyć tylko jedno - szkoła się skończyła i wreszcie nie musimy przez 7 dni w tygodniu pracować w pocie czoła, wreszcie możemy oddać do biblioteki te stosy książek z naszego mieszkania, których było tyle, że ledwo można było się po nim poruszać, wreszcie możemy odetchnąć i poświęcić się temu, co tak uwielbiamy i co wreszcie nadało naszemu życiu sens - pisaniu bloga ;-))

W dzisiejszym odcinku opowiem Wam o jednej wyprawie, no, wyprawce bardziej, z której wróciłem już ładnych parę tygodni temu, a o której całkowicie zapomniałem =). Wiem, wiem, co sobie teraz myślicie, ja też uważam to za okropne, ale naprawdę wyleciało mi to jakoś z głowy i dopiero parę dni temu - BANG! - wpadło z powrotem.

No, to od początku.

Zaraz po wylocie Asi i Bartka, dosłownie następnego dnia (czyli trochę to miesza chronologię bloga, ale liczę na Waszą wyrozumiałość), dowiedziałem się, że prawie wszyscy eksczejndże wybierają się do Tioman, małej wyspy w Malezji. Na weekend. Początkowo nie chciałem jechać, bo obiecałem sobie solennie, że po wizycie AiB zabieram się za naukę, bo mam niesamowite zaległości. Ale jak już odmówiłem udzialu w imprezie, to (zadowolony z siebie) usiadłem i przeanalizowałem sytuację i doszedłem do wniosku, logicznego moim zdaniem (chociaż coś każe mi podejrzewać, że w tej sytuacji większość wniosków usprawiedliwiających mnie uznałbym za logiczne, nieważne jak nielogiczne by były), że, skoro i tak wszyscy członkowie moich grup jadą do Tioman, a całą pracę wykonujemy wspólnie, to nie ma sensu zamęczać się i udowadniać sobie nie wiadomo czego, skoro i tak w praktyce spędzę weekend nic nie robiąc, bo nie ma z kim, i mogę sobie spokojnie do Tioman jechać.

Tym sposobem w sobotę rano znalazłem się na stacji autobusowej. Kiedy mówię rano, nie mam na myśli godziny, o której normalnie wstaję, czyli 8, 9am, ale polskiego czasu, mam na myśli 6.15 rano czasu lokalnego!! I to 6.15 w sobotę, także o lwiej części naszej grupy można było powiedzieć, że najbardziej wyczekiwaną przez nich częścią wycieczki są siedzenia w autokarze. Zważywszy na fakt, że może z 20% ludzi położyło się spać choćby na pięć minut, możecie sobie wyobrazić, jak kusząco prezentowała się perspektywa kilku godzin snu. Następną rzeczą, jaką pamiętam, był postój na śniadanie, już w Malezji, ale to tylko taki mały flashback, bo nawet nie zdecydowałem się podnieść powieki ani ruszyć palcem u nogi, bo, w ślad za znakomitą większością pasażerów naszego autobusu, spałem jak zabity. Szczerze mówiąc to wydaje mi się, że wyglądaliśmy bardziej jak transport poległych w jakiejś bitwie niż grupa turystów udających się do jednego z najpiękniejszych kurortów Malezji. No ale ludzki organizm nie jest, przynajmniej na razie, zbudowany z układów scalonych napędzanych słońcem i potrzebuje regeneracji, a że śniadanie w jakimś obskurnym, malezyjskim lokalu ("mój Boże, ta łazienka jest brudna!" "Oczywiście, że jest brudna, jesteśmy w Malezji" - zasłyszany fragment rozmowy pomiędzy dwoma exchange'ami) wydało nam się najmniej ciekawą częścią dnia, postanowiliśmy kolektywnie tę część przespać. Następną rzeczą, jaką zobaczyłem, była przystań promu, którym mieliśmy dopłynąć na Tioman. Prom płynął 2,5h i ten czas również poświęciliśmy na małą drzemkę. Dobrze, że plaża, na której wysiadaliśmy, była ostatnim przystankiem, bo nie pamiętam żadnej z 4 przystani, do których rzekomo przybiliśmy w międzyczasie. W każdym razie, koniec końców, dotarliśmy na Salong Beach, która to miała być miejscem naszego weekendowego pobytu.

Tym sposobem znaleźliśmy się w jednym z najpiękniejszych miejsc, w których byłem podczas tego pobytu w Azji. Wydaje mi się, że plaża na jednej z małych wysp, na którą popłynęliśmy następnego dnia.... ale po kolei.

Zainstalowaliśmy się w naszych uroczych domkach, gdzie musieliśmy pogodzić się z faktem, że w czwórkę będziemy spać w pokoju 3 osobowym. Tym razem nie byliśmy naszym stałym składem, bo Karol i Andrea byli w tym czasie ze swoimi rodzinami. Także przyszło mi spać z Gregiem, Miką (też Francuz) i Santim, którego już macie prawo kojarzyć z paru poprzednich eskapad. Na początku chcieliśmy losować, kto śpi gdzie, ale potem stwierdziliśmy, że i tak kwestia będzie negocjowalna do momentu, kiedy przedostatni z nas padnie na pysk na którymś z łóżek i wtedy ten ostatni będzie się musiał zdecydować, z kim spędzi noc :) W każdym razie zainstalowaliśmy się i poszliśmy zwiedzać okolicę. Okazało się, że Natura przy projektowaniu Tioman postawiła wyraźnie na jakość, nie na ilość, bo całą plażę można było przejść w 10 minut, od jednych skał do drugich. Tych plaż na całej wyspie było kilka, ale dostać się z jednej na drugą można było tylko wodą, bo lądem drogę zagradzały skały właśnie. Pierwszy dzień, a dni mieliśmy na wyspie 3, sobotę od 14, całą niedzielę i poniedziałek do 13 - nie, czekajcie, nie tak, mieliśmy piątek od 13, całą sobotę i niedzielę do 13, czyli wychodziłoby na to, że wyjechaliśmy w piątek rano. Czyli wychodziłoby na to, że czwartkową noc też całą przeimprezowaliśmy. No, to się zgadza :) W każdym razie cały piątek, jak to teraz po korekcie wyszło, spędziliśmy na grach i zabawach plażowych, czyli graliśmy w piłkę (nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby grać w piłkę na plaży o godzinie 14 w temperaturze ok. 40 C, ale skutek był taki, że po 10 minutach każdy padł na piasek tak, jak stał). W moim przypadku padnięcie na piasek okazało się dość brzemienne w skutki, bo jak się podniosłem, to usłyszałem obok siebie jakiś obcy głos mówiący "O, ten typ się ruszył. Czyli nie jest martwy, po prostu przespał całe popołudnie." Okazało się, że jest godzina 20, a wokół mnie nie ma już moich znajomych, na niebie nie ma już słońca etc. Czyli zdanie "cały piątek spędziliśmy na grach i zabawach plażowych" jest trochę na wyrost :D. Niezrażony tym faktem, szybko doszedłem do siebie (szybko w tym konktekście jest pojęciem absolutnie względnym) i zacząłem analizować sytuację. Gdzie mogła pójść grupa 40 spragnionych rozrywki osób? Jak zapewne się domyślacie, na plaży, której przejście zajmuje 10 minut, wybór miejsc, do których mogli się udać, był dość mocno ograniczony. Miałem do wyboru dwa kierunki - zachód (bo jeszcze jakieś tam kawałeczki szarości było widać, także stąd wiem, nie sprawdzałem mchu na drzewach ani nie stosowałem żadnych innych survivalowych sztuczek, zresztą mocno wątpie, czy na palmach dużo tego mchu bym znalazł) i południe. Taki mały geograficzny żarcik :), Tioman jest miejscem przepięknym i, dla ludzi przyzwyczajonych do życia w szarych miastach, mógłby równie dobrze znajdować się na innej planecie, niemniej jednak takich anomalii, jak skręcająca pod kątem prostym plaża, nie ma, a więc drugim kierunkiem, który pozostawał do mojej dyspozycji, był oczywiście wschód. Nie wiem, co zdecydowało - czy charakterytyczna dla nas lekka antypatia w stosunku do Wschodu (z góry przepraszam urażonych, może tylko ja tak mam, że jakoś, no, ten tego, mhmm, nie przepadam), czy wewnętrzne poparcie dla otwarcia się na świat i marszu ku Zachodowi, czy wreszcie nabyty z mlekiem matki, a wyostrzony do granic możliwości podczas pobytu w Azji instynkt imprezowicza, który, niczym kompas, bezbłędnie wskazuje miejsce, gdzie odbywa się właśnie konsumpcja alkoholu, nie wiem. Faktem jednak pozostaje, że coś kazało mi wybrać Zachód. I słusznie, okazało się, że reszta grupy bawiła się w barze na końcu plaży, który był absolutnie fantastyczny nie tylko dlatego, że znajdował się na końcu plaży, choć to działało na pewno in plus, bo koniec plaży na Tioman jest jak koniec świata, piasek, piasek, piasek, ocean (ocean ze swojej natury jest ciągły, także nie będę pisał ocean, ocean, ocean :P), nagle skały i tylko mała strzałka:




Wchodzisz po kamiennych stopniach, które co prawda można nazwać stopniami, ale gdyby ktoś określił je mianem skał, po których można wejść, bo kształtem mniej więcej przypominają stopnie, nie byłby to z pewnością powód do wszczęcia awantury. (OK, postaram się ograniczyć z tymi rozwlekłymi opisami, bo przecież już od dwóch stron nie mogę się wydostać poza opis tego, jak wstałem, przeciągnąłem się i poszedłem do baru :DD). A jak już się po tych stopniach-nie stopniach wdrapało, to oczom ukazywał się przepiękny widok, czyli malutki, drewniany barek, ze wszystkich stron obwieszony plakatami Boba Marley'a, Che Guevary etc, drewniany tarasik, albo nawet tarasiczek, z paroma stolikami, gitara powieszona na ścianie, sztuk jeden, i uśmiechnięty od ucha do ucha barman słuchający sobie reggae i palący sobie jakąś tajemniczą faję, sztuk też jeden. Widok prosto na ocean. Patrzysz na to wszystko i przychodzi Ci do głowy jeden wyraz, żeby to wszystko opisać. Chillout. Relaks. Miejsce, gdzie czas się zatrzymał. I chyba faktycznie czas się tam zatrzymał, przynajmniej dla barmana, bo, jak dowiedzieliśmy się od samego zainteresowanego później, pracował w tym barze 8 miesięcy w roku, 5 dni w tygodniu, od 10 lat, a lat miał 28. Czyli od czasu, kiedy oficjalnie osiąnął pełnoletność (chociaż nie jestem pewien, czy w Malezji 18 lat to dorosłość), spędził 75% swojego życia, wyłączając sen, w tym barze, w którym nie działo się absolutnie nic. My już po pół godzinie wróciliśmy w bardziej zaludnione rejony, bo po prostu nie mieliśmy tam co robić, a ten barman spędził tam 10 lat! Ale wydawał się perfekcyjnie szczęśliwy z tego powodu i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał swoją pracę w przyszłości zmienić, także i my jesteśmy szczęśliwi z tego powodu, i niech tak zostanie. Inne podejście po prostu.

W każdym razie wróciliśmy do naszych domków, które spójrzcie tylko, gdzie się znajdowały:


Niedaleko od oceanu, co?


To nie nasz, nasz był trochę dalej:

O, tu. Widzicie hamaki w tle?

Relaks nad oceanem. Tak spędziłem swoją poobiednią drzemkę.

Nie ja jeden.
Takie skupiska naszych można było spotkać co parę metrów.

Słońce na Tioman zdaje się być większe, niż gdzie indziej.

Tu słońce zmierza w Waszą stronę :)

A tu już go nie ma. Przynajmniej w kadrze.

Ja, Greg, Mika i Santi.

Za pomocą tego urządzenia, na które składa się lejek i rurka, wykorzystując znajomość praw fizyki, konkretnie różnicy ciśnień, Alex (Irlandia, z prawej) i Ben (USA, klęczy) zaprezentowali zachwyconej chińskiej rodzinie sztukę wypijania, a raczej połykania piwa w czasie pomiędzy 1,3sec (Alex, zawodowiec) a 1,9sec (Ben, amator). Pan widoczny na zdjęciu był tak zachwycony, że kupił naszym showmanom całą zgrzewkę piwa, 24 butelki, a wypicie każdej kolejnej wzbudzało u chińskiego audytorium niezmiennie płomienny zachwyt. Ja próbowałem tego urządzenia na innej imprezie, z tym, że z drinkiem, nie z piwem. D z i a ł a.

A teraz trochę zdjęć zieleniny:




Po hamakach poszliśmy na kolację, podczas której nie zdarzyło się nic nieprzeciętnie zajmującego (hehe, gdybym naprawdę opisywał jedynie rzeczy nieprzeciętnie zajmujące, to całej tej relacji w ogóle by nie było, bo celem przewodnim tego wyjazdu był relaks, a nie nic bardzo zajmującego, ale ćśśś), także pozwolę sobie ją ominąć, po czym udaliśmy się do jednego lokalu (właściwiej byłoby powiedzieć jedynego lokalu), z alkoholem i rzutkami (oczywiście całej naszej grupie chodziło o to, żeby zagrać sobie w rzutki i tylko dlatego się tam znaleźliśmy, ale myślę, że po lekturze tego bloga znasz nas na tyle, że nie trzeba Ci tego wyjaśniać), który to bar zamknęli nam o jakiejś skandalicznie wczesnej godzinie, 12? 1? coś w tym stylu, także głęboko zniesmaczeni tym, że nie możemy już pograć, ruszyliśmy w kierunku opisanego wcześniej baru na plaży (na skałach, gwoli ścisłości). Co prawda nie widzieliśmy tam wcześniej rzutek, ale wszyscy mieliśmy głęboką nadzieję, że nasz przyjaciel odgadnie potrzebny spragnionych (sportu) klientów. Odgadł bezbłędnie. Rzutek nie było, ale dostaliśmy do rąk gitarę ze ściany i nagle okazało się, że spośród 40 osób, które znają się już bądź co bądź dobrze ponad dwa miesiące, ponad połowa jest "uzdolnionych" muzycznie i każdy chce grać i śpiewać. Bardziej tam chęci śpiewały niż faktyczne umiejętności, ale faktem jest, że cicho nie było. Ba, było głośno! :D I tak sobie śpiewaliśmy w najlepsze, jak jedna wielka Kelly Family aż do momentu, kiedy to Francisco, rodowity Meksykanin, podekscytowany faktem, że on gra, a ludzie klaszczą i śpiewają, do ostatniego, finalnego akordu użył takiej siły, że lewa struna postanowiła bezterminowo i bezapelacyjnie zerwać swój kont(r)akt wiążący ją z gitarą i się pęknąć (kto oglądał Kubusia Puchatka ten wie, że można pęknąć balonik, także ja postanowiłem pęknąć strunę tutaj). Wyglądało to mniej więcej tak - kto zna Oasis, "Don't look back in anger"?:

And soooo Sally can wait
she knows it's too late
as we're walking on byyyyy

Her sooouuuul sliiides awayyy
but don't look back in anger
I heard you BRZDĘK!

Dokładnie w tym momencie nasz występ dobiegł końca i okoliczne ptaki mogły w końcu zasnąć snem sprawiedliwego. A'propos sprawiedliwości, trzeba ją oddać Francisco i wspomnieć, że do końca próbował przekonać nas, że wprawna, meksykańska dłoń i ze zranionej gitary potrafi wykrzesać perfekcyjną melodię. Jego teoria nie znalazła jednak wielu popleczników i wszyscy rozeszli się do domów.

Tak skończył się pierwszy dzień na Tioman.

A że dni było trzy, także domyślacie się pewnie, że to jeszcze nie koniec :)

Drugiego dnia wstaliśmy - a moment! Pewnie umieracie z ciekawości, kto spał z kim! :D No więc z Baru na Plaży wyruszyliśmy w trójkę, ja, Santi i Mika, parę minut przed Gregiem, który został usidlony przez Anję, Niemkę z wymiany. Ja tam jej nie lubię, dlatego mam paskudny zwyczaj mówienia, że jest z wymiany, bo ktoś wymienił ją na zepsuty rower, ale mniejsza o to - w każdym razie wszyscy trzej jednogłośnie stwierdziliśmy, że to prezent od losu i podreptaliśmy do domku, zadowoleni, że każdy z nas będzie miał oddzielne łóżko. Każdy z nas zasnął szybciutko. No więc kto obudził się rano z Gregiem? Ja, kurde. Na pytanie, dlaczego, mając do wyboru wysokiego Hiszpana i współplemieńca Francuza, wybrał mnie, odpowiedział, że wszedł, zapalił światło, złapał ostrość (ta ostatnia czynność, wbrew pozorom, wcale nie musiała być chwilką) i przeprowadził analizę sytuacji. Santi spał rozwalony na całym łóżku, Mika spał nawet wystając poza łóżko, a ja nie wystawałem nigdzie, grzecznie sobie spałem na boku, zwinięty w kłębek, także Greg, jak sam powiedział, dostrzegł największą szansę na moim lóżku, gdzie też spoczął.

W ten oto sposób dotarliśmy do poranka drugiego dnia, kiedy to znalazłem w swoim łóżku jakiegoś Francuza. Obudziło mnie jednak coś innego, mianowicie śniadanie przyniesione całej naszej czwórce przez jedną z koleżanek, zakochaną w Gregu. Obudziliśmy się szybciutko, zjedliśmy i wyszliśmy, bo zaraz wyruszała cała wyprawa na nurkowanie, które to było główym punktem programu dnia!

Teraz w skrócie, relacja przyspiesza. Nurkowanie wyglądało tak: początek o 10, koniec o 16. Jeden postój na nurkowanie, Biała Plaża na wyspie nieopodal, drugi postój na nurkowanie, trzeci postój na nurkowanie, powrót.

To w skrócie.

Nurkowania - takie z rurką, nie z butlą - były przepiękne. Widziałem mnóstwo ryb wszystkich kształtów i kolorów, w niektórych momentach byłem otoczony przez ławice składające się z tysięcy ryb, które były tuż-tuż koło mnie, ale nigdy nie udawało się ich dotknąć, niesamowite przeżycie. Co szczęśliwsi widzieli nawet żółwie! W każdym razie najlepszym punktem wycieczki była Biała Plaża. Nasz driver zostawił nas tam i popłynął w siną dal, obiecawszy odebrać nas za półtorej godziny.

Biała Plaża jest oficjalnie najpiękniejszym miejscem, w jakim byłem w Azji. Piękniejszym niż Phi Phi, Bintan, Bali, Sentosa (;p), a nawet Boracay. Nigdy w życiu nie widziałem tak przepięknej plaży, tak białego piasku (koszule z reklamy Vizira wyglądały przy nim jak uczestnicy przystanku Woodstock podczas tańca w błocie) i przede wszystkim takiej wody. Woda miała kolor nie z tej ziemi. Zobaczycie na zdjęciach, bo ja nie potrafię tego opisać. Wiecie, co robiliśmy na tej plaży? Po prostu leżeliśmy, rozglądaliśmy się wokół siebie i chłonęliśmy moment. Kiedy spojrzałem w górę, a dokładnie nade mną przeleciał piękny tukan z olbrzymim dziobem, dokładnie takim, jak widzi się na zdjęciach, po czym poszedłem w cień (do cienia?), a tam spotkałem olbrzymiego warana, , pomyślałem sobie to, co myślał sobie wtedy każdy: Mamy piękne życie...

Zobaczcie:


Jak można opisać taki kolor wody?

Żyć, nie umierać.
(chyba, że z odwodnienia, na wyspie nie było nic do picia)
(ale umrzeć z odwodnienia w takim miejscu to dopiero ironia losu, co?

Dlatego nazywają to miejsce Białą Plażą.

Life is good.
I niech nikt nie mówi inaczej.

I said: Life is good! :)

oni też tak myślą!

Santi, Mika, Ja i Greg.

Po tej wyprawie wróciliśmy na wyspę i tak właściwie to już do końca pobytu nie stało się nic godnego uwagi. To był zdecydowanie najlepszy moment całego wyjazdu. A to wszystko to był weekendowy wypad, chciałem przypomnieć. Wyjazd w piątek, powrót w niedzielę. No big deal, jak by to powiedzieli miejscowi :)

A, i jeszcze jedno. Jeżeli myślisz, że możesz dodzwonić się dokądkolwiek z Tioman:


pomyśl jeszcze raz :D


papa :)

Wstęp

Dla wszystkich umierających z ciekawości, co przez czas ostatnich dwóch wpisów działo się z naszym fotografem, Karolem von der Kuczwalskim - niech skończą się Wasze męki! Oto Karol postanowił podzielić się z Wami wydarzeniami ostatnich paru tygodni w specjalnym wydaniu naszego bloga. Bez dalszych wstępów:

Panie i Panowie

Ekskluzywnie dla Was


"Essential family trip"


by Karol K.




zapraszamy!

zespół jandkaway.blogspot.com


Essential Family Trip by Karol

W dzisiejszym odcinku poznacie nowych bohaterów Sagi "O dwóch takich, którzy postanowili odkryć nieznane". Powiem więcej, poznacie 3 kluczowe dla mnie osoby, dzięki którym mogłem się tu znaleźć i doświadczyć tych pięknych chwil w Azji, moja kochaną rodzinę i mojego serdecznego przyjaciela.Tyle tutułem wstępu, przejdźmy do rzeczy...


Od pierwszej chwili kiedy dowiedziałem się o swoim wyjeździe pomyślałem, że może być to również dobry powód dla mojej rodzinki aby wybrali się w te strony świata. Jako, że wszyscy lubimy podróżować i już dawno nie mięliśmy okazji wybrać sie gdzieś wspólnie, rodzice zaakceptowali ten pomysł w mgnieniu oka. Pewnie bardziej z ciekawości niż z tęsknoty za mną;) ale nic. Po długich przemyśleniach co do terminu ich przyjazdu w końcu postawiłem na 15 marca. Jak się później okazało termin wybrałem niezbyt fortunnie albowiem aby zrealizować plan podróży musiałem opuścić szkołe na tydzień,a był to właśnie kluczowy tydzień w całym semestrze, kiedy wszystkie finalne prezentacje są przygotowywane i ogrom obowiązków przyprawia lokalnych studentów o ból włosów, ale moje wspaniałe grupy zrozumiały mój problem i jakby to powiedzieć, wniosły bardzo duży wkład w wyznaczone mi obowiązki, za co serdecznie im dziękuje.

Mój przyjaciel Łukasz postanowił dołączyć do drużyny w składzie moich rodziców, brata Patryka i mnie. Razem mieliśmy ruszyć na podbój Azji podczas ich pobytu. Niestety nie mogli zostać zbyt długo a miejsc wartych wizyty jest wiele więc miałem nie lada problem w konfiguracji optymalnego planu podróży. Ostatecznie podczas 10 dniowego pobytu odwiedziliśmy 3 kraje: Singapur, Malezję i Tajlandię. Planowanie zajęło mi dobrych kilka dni a samo bookowanie wszystkich lotów i hoteli prawie 12 h, ale ostatecznie na tydzień przed ich przyjazdem wszystko było dopięte na ostatni guzik. Zacznijmy jednak od początku.

Goście mieli przylecieć o 7:05, w czwartek 16 marca. Jak już wszyscy wiecie, środy nie należą do nudnych dni w Singapurze a jednym z obowiązków studenta na wymianie jest stawienie się na środową imprezę. Jako dobry student nie mogłem lekceważyć tak poważnych obowiązków więc postanowiłem spróbować powtórki przygody z Boracay czyli pozbawić się snu środowej nocy i dotrzeć rano prosto na lotnisko w celu odebrania moich znamienitych gości.

Wszystko przebiegało zgodnie z planem: beforek w gronie studentów z wymiany, imprezka i afterek w living roomie, klasycznie. Ten wieczór nie należał do najlepszych w LR więc koło godziny 5 opuściliśmy plac zabaw w celu udania sie na śniadanie u wujka Ronalda jednak "coś" stanęło nam na przeszkodzie. Nagle luźno rzucone w powietrze zdanie "Let's go to the pool on the 5th floor" wzbudziło zamęt wśród zgromadzonych. Właściwie dlaczego nie, padło po chwili zastanowienia i tak cichaczem żeby ochrona nie staneła nam na przeszkodzie udaliśmy się do windy hotelowej Marriota i wcisnęliśmy przycisk 5. Naszym oczom ukazał się piękny basen na dachu jednego z budynków należacych do hotelu, gwieździste niebo, przebłyski światła z Orchard Rd, brak ochrony i świeże ręczniki. Nie czekając długo Andrea postanowił sprawdzić na skórze Grega czy woda w basenie nie jest za zimna i wepchnął go bez chwili namysłu. Tym właśnie sposobem, poza cierpliwością Grega i jego poczuciem humoru, przetestowaliśmy również jego telefon komórkowy marki Panasonic, który nie wytrzymał tej próby i dołączył do gromadki nie działających przedmiotów na On Tree Hill. Dlatego właśnie używam Nokii :) Osobiście sprawdziłem wodę w basenie chwile poźniej i muszę stwierdzić, że temperaturę miała optymalną jak na 5:30 rano...

Nie chcieliśmy jednak spotkać ochrony hotelowej ubrani w mokre bokserki więc po krótkiej kąpieli udaliśmy się jednak na śniadanko do pobliskiego, zaprzyjaźnionego wuja R i podziwialiśmy miasto budzące się do życia o 6 rano (nie próżnują tutaj). Około 6:30 zorientowaliśmy się, że to już na mnie pora więc czym prędzej udałem sie w kierunku metra z zamiarem dotarcia na lotnisko. Po pierwszej przesiadce do kolejnej jest jakieś 8 stacji więc czemu by nie uciąć sobie małej drzemki, która niestety przedłużyła się i obudziłem się praktycznie na tej samej stacji ale metro zdażyło już zawrócić. Spojrzałem na zegarek : 7:40 a samolot miał wylądowć o 7:05. Czym prędzej zadzowniłem do moich gości i poinstruowałem dokąd mają wziąć taksówkę, sam tymczasem, udałem się spacerkiem do domu. Spotkaliśmy sie chwilke po 8 na One Tree Hill. Jak na tak długi lot wyglądali promieniście i czym prędzej męska część wycieczki udała się do basenu a moja kochana mama uraczyła Jurka i mnie polskimi specjałami, które na specjalne życzenie przywiozła dla nas z Polski. Powinniście zobaczyć nasze miny kiedy w naszej kuchni wylądowało 20 kg produktów polskiego przemysłu spożywczego a wśród nich takie rarytasy jak: kabanosy, pierogi ruskie, babka ziemniaczana, szynka, prawdziwy chleb, ptasie mleczko i wiele wiele innych. W chwili kiedy piszę te słowa lodówka nadal zapełniona jest do połowy, mniam.

Dlatego bardzo dziękuję przede wszystkim mamie ale również cioci Ani i Eli za rozkosze naszego podniebienia:)

Tego dnia pokazałem moim kochanym naszą wspaniałą szkołę i Singapur nocą. Mieli okazje zobaczyć niesamowitą panoramę z okien 71 piętra New Asia Bar ale Patrykowi, Łukaszowi i mnie za mało było wyskości więc odwiedziliśmy GmaX w poszukiwaniu dodatkowych emocji. Dla nie zorienotowanych, potocznie nazywa się to odwróconym Bungee. W praktyce jest to stalowa konstrukcja w kształcie kuli z 3 siedzeniami zawieszona na 2 elastycznych linach, których przeciwległe końce umieszczone są na końcu 30 metrowych wież. Linki się naciagają i nie wiadomo nawet, w którym momencie śmiałkowie w srodku są wystrzeliwani w góre jak z procy na wysokość 55 metrów z przyśpieczeniem 0-100km/h w 1 s. Całkiem miłe doświadczenie. Jak to Łukasz skomentował gdy wisieliśmy w powietrzu: "jak wrócimy do domu wypiję butelkę w..." Polecamy:)

Następne 2 dni poświeciliśmy na zwiedzanie Singapuru i zakupy. Wszystkie zwiedzane miejsca były wcześniej opisane, więc nie będę marnował waszego cennego czasu. Powiem tylko, że Singapur zrobił na moich gościach bardzo pozytywne wrażenie.

Kolejnym punktem programu wycieczki było Grand Prix Formuly 1 na torze Sepang w Malezji. Wyruszyliśmy w sobote o 3 w nocy z Singapuru wesołym autobusem, który zabrał nas prosto na tor. Po drodze moi goście mieli okazję przekonać się jak wygląda odprawa celna w wykonaniu singapurskich i malezyjskich celników, lol. Oprócz tych niesamowitych atrakcji mięliśmy również okazję skosztować lokalnych specjałów w przydrożnym foodcourcie, yumy, 6 rano, pora śniadania i wybór między wieloma lekkostrawnymi specjałami typowo śniadaniowymi: smażony ryż z owocami morza, kurczak curry a czymś co nawet nie wiem czym było:) Choć próbowałem namówić rodzinę do degustacji, jedynie Łukasz był na tyle odważny (lub najbardziej głodny) aby przyłączyć się do mojego śniadania. Pozostali patrzyli na nasze talerze z przerażeniem;), no cóż, tosty z dżemem to to nie były;) Wkońcu szczęśliwie dotarliśmy na tor o 9 rano, zaopatrzeni w litry wody, zostaliśmy jej pozbawieni na wejściu, tak aby nakręcać lokalną koniunkturę, posilając się na torze, gdzie notabene wszystko było 5 razy droższe niż w przeciętnym sklepie w Malezji a małą puszka piwa kosztowała 20zł:) Zajęliśmy wygodne miejsca na łączce i oglądaliśmy przygotowania do wyścigów. Niby słonko schowane było za chmurami, więc wszyscy się porozbierali aby korzystać z okazji i łapać opaleniznę, bo przecież takie słońce nic nam nie zrobi, jednak okazało się, że daliśmy się nabrać bo równikowe słoneczko spiekło wszystkich tak, że pod koniec dnia wyglądaliśmy jak gotowane lobstery:) nie mówiąc ile balsamu wszyscy wtarli w rozpromienioną skóre. No ale wracając do atrakcji dnia. Pierwszym punktem programu były wyścigi Formuły BMW. Wyjechało kilka śmiesznie wyglądających i bzyczących formułek, pościgali się chwilkę i po 30 minutach było po zawodach. Szczerze mówiąc bez większych rewelacji. Chwilę potem na torze pojawiło się kilka pięknych SLK 55 AMG, które bawiły sie i robiły show dla widzów w ramach reklamy Mercedesa, który jest jednym ze sponsorów zawodów. Śliczne małe autka całkiem sprawnie poruszały się po torze i robiły dużo lepsze wrażenie niż poprzednicy. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwościa na rozpoczęcie GP o 3 p.m. albowiem wysoka wilogtność i temperatura każdemu dawała się we znaki a czas jakby stał w miejscu. Kolejnymi autami na torze były Porsche Carrera, które tego dnia rozgrywały drugi wyścig w ramach Carrera Cup. Tym razem już było co pooglądać, piękny dźwięk silników i spora prędkość obudziły nas z marazmu. Po zakończeniu Carrera Cup odbyła się prezentacja kierowców F1, wszyscy wyjechali na tor pięknymi klasycznymi roadsterami. Ale dopiero kiedy widzowie zoabczyli Michaela Schumahera moglismy zobaczyć jak wielka rzesza zwolenników Ferrari przybyła na tor. Flagi z szachownica na czerwonym tle były wszechobecne. Po zakończeniu parady kierowców, już tylko pół godziny przygotowań dzieliły nas od rozpoczęcia GP. Jedno okrążenie na rozgrzanie silników i sprawdzenie bolidów, jedno na rozgrzanie opon i ruszyliii. Ale zanim zobaczyliśmy pierwszy samochód, usłyszeliśmy przeraźliwy ryk wszystkich bolidów, symfonia dla uszu każdego fana sportów motorowych, orgazm dla zmysłów. Na pierwszym zakręcie pojawił się oczywiście bolid Renault jako pierwszy a zaraz za nim cała reszta, potem długa prosta i dopiero po niej zrozumieliśmy czym jest F1 i dlaczego ma tak wielu fanów na całym świecie. To co można obejrzeć w Tv w niczym nie przypomina wrażeń jakie doświadcza się będąc na torze, zaledwie kilkadziesiąt metrów od trasy i samochodów, które prawie latają po asfalcie, prowadzonych przez kierowców, którzy albo muszą brać silne narkotyki albo nie mieć strachu albowiem prędkości jakie osiągają są niesamowite. Wow, nic dodać nic ująć i choć dzień był męczący wszyscy cieszyliśmy się jak małe dzieci, co więcej, nawet mojej mamie podobał się wyścig a nawet nie prowadzi samochodu :) Koło 17 było po wszystkim i udaliśmy się prosto do autokaru, po czym wszyscy usnęli w mgnieniu oka. Do Singapuru dotarliśmy około północy, zdarzyliśmy się przepakować i co niektórzy pospać 2 godzinki bowiem o 7 rano odlatywał nasz samolot do Phuket. Wyobraźcie sobie minę mojego brata, który kocha sen, kiedy obudziłem go bezlitośnie o 4:45 ale nie mówiłem nikomu, że ciągle będzie miło i przyjemnie. No więc jest poniedziałek, 8 rano i rozpoczynamy nowy rozdział a zarazem moi goście stawiają stopy na terytorium trzeciego kraju w ciągu 5 dni pobytu, halo witamy w Phuket.

Wszyscy szczęśliwi wysiedliśmy z samolotu w nadziei, że za godzinę będziemy już odpoczywać nad miłym hotelowym basenem i odrabiać zaległości w śnie udaliśmy się wprost do odprawy celnej. I proszę Państwa, w tył zwrot, musimy Wam jeszcze trochę pokazać naszej lokalnej biurkoracji i pozbawić odrobiny gotówki, tak, tak, nie wiemy, że jesteście w UE, nie obchodzi nas to, kupcie wizę. Moja irytacja sięgneła zenitu i nie mogłem w to uwierzyć, zadzwoniłem do Jurka zapytać czy spotkało go to samo i potwierdził historię, szkoda, że nie opowiedział mi jej wcześniej;) Ale do wizy potrzebne jest zdjęcie, nie mamy, no problem, xero z paszportów, no problem. Więc po pół godziny Pan przynosi wizy, po czym ja wyjmuję lokalną walutę aby za nie zapłacić a przemiły Pan w okienku zdażył już wymyślić kolejną opłatę, najdroższe xero w moim życiu, 10 zl za stronę czarno-białą naszych zdjęć. Trzeba przyznać, że po angielsku nie mówią ale dość kreatywni są tajscy celnicy, nie :)? Jednak moja kochana mama była już tak zmęczona i zirytowana sytuacją, że spojrzała na Pana z taką miną, że już nic nie mówił o extra charge tylko powiedział, go, go więc poszliśmy. To byli na szczęscie jedyni nieprzyjaźni tubylcy jakich spotkaliśmy na Phuket. Przed lotniskiem czekał już na nas kierowca z hotelu, przed hotelem przemiłe Panie z chłodnymi ręcznikami i koktajlami, które zawiozły nas do miłego domku, dp którego upgradeowano nas za free, check in w pokoju 4 godziny przed oficalnym, świeże owoce, piękny domek w ogrodzie. Prawda, że miło w porównaniu do granicy?! Od razu wszyscy poczuli się lepiej i sprawdzili komfort materacy ucinając sobie króką drzemkę. Ogólnie poniedziałek był dniem na regenerację ale nie za długą bo jak już wspomniałem, grafik był mocno napięty i już we wtorek rano ruszyliśmy na Phi Phi Islands.

Phi phi już znacie z poprzednich relacji Jurka więc ujmując krótko, piękne zatoki, turkusowa woda, białe plaże...Gdbybym był pisarzem romansów, takie właśnie miejsce odwiedziłbym w poszukiwaniu weny.

Kolejnym punktem wycieczki był Bangkok, do którego wylecieliśmy w środę wieczorem. Po drodze z lotniska do hotelu uciąłem sobie kulturoznawczą pogawędkę z kierowcą taksówki. Oprócz oczywistych faktów o wielkości miasta i miejcach, które musimy odwiedzić dowiedzieliśmy się bardzo istotnej rzeczy. Otóż król Tajlandii ma moce pozaziemskie, może przywoływać i odwoływać deszcz na żądanie. Teraz już nie wiem, kto jest lepszy - Chuck Norris czy Król Tajlandii, ale wygląda na to, że są sobie co najmniej równi. Co więcej, mędrcy z całego świata odwiedzają go aby pobierać te meteorologiczne nauki. Poza tym jest dobrym królem, wszyscy go kochają, on kocha wszystkie religie ale jest stary i pewnie niedługo umrze a jego syn nie cieszy się wielkim zaufaniem ludu. Okkkkkkeeejjjj;)

Jeszcze tej samej nocy postanowiliśmy wypróbować z chłopcami lokalne tuk tuki i jednym z nich udaliśmy się w poszukiwaniu otwartego fast foodu, lekko zmęczeni tajską kuchnią. Jak tylko kierowca opuścił hotelowy podjazd zatrzymał się i nawija do nas łamaną angielszczyzną: where do u guys wanaa go? Nice girls, good girls, fucking show, ping pong show, good, good. Nie dziękujemy, do Macdonalda prosimy. Why not, good show, thai girls, pussy, pussy i... tuk tuk zgasł a kierowca nie mógł ponownie uruchomić silnika:) Zawołal więc jakiegoś mniejszeg, małoleteniego ziomka, wsadził go za kierownicę a sam zaczął pchać po czym tuk tuk powrócił do życia i w obawie o ponowne problemy pozostał przy życiu z nowym kierowcą, wariatem notabene:) więc podróż ulicami bangkoku tuk tukiem nocą zaliczam na poczet sportów extremalnych, które dotychczas uprawiałem, lepsze niż bungee, no prawie ;) Ten nowy też lubił słowo pussy, pussy i pokazał nam piękną ulotkę, podobną do tych jakie znajdujecie za wycieraczkami samochodów w Warszawie, tylko panie były bardziej egzotyczne...:) Niestety wszystkie junk foody okazały się być zamknięte po 22 ale przynajmiej po drodze widzięliśmy niesamowite taksówki na ulicach w postaci słoni. Tak tak, słonie na ulicach z odblaskami rowerowymi na ogonie, wiem, że w to trudno uwierzyć a nie miałem aparatu żeby zdobyć dowód, ale z drugiej strony słuchajcie, jeśli król może kontrolować pogodę to czemu słonie miałyby nie dorabiać sobie jako taksówki na ulicach;) Tajlandia baby...

Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzać miasto...Standardowa wyprawa łódką po rzece i kanałach, Arun Wat (piękna) i po 3 godzinach postawilismy stopę na lądzie przed Royal Palace, jak już wiecie z relacji Jurka, największa i najpiękniejsza atrakcja turystyczna Bangkoku. No więc spragnieni kultury ruszyliśmy i zdążyliśmy przejść może 50 metrów gdy ktoś chwyta mnie za rekę i słyszę, my friend (Andrea?), hey, where are u from (nie,to nie był Andrea). Krótka konwersacja, oczywiście powiedziałem mu, że idziemy oglądać Royal Palace i to był mój błąd...Royal Palace closed, buddha day, people pray inside, cannot go, 3:30 p.m. they open. Ale my friend już miał rozwiązanie naszego problemu, szybka oferta, 2 tuk tuki na 3 godziny zanim otworzą Royal Palace, zobaczymy 2 inne miejsca Buddhy i takie drobne zakupy i to wszystko za jedyne 60 THB czyli mniej wiecej 5zł. No więc pojechaliśmy, zobaczyliśmy Buddhe, spotkaliśmy Pana, który był w Polsce na nartach kilka lat temu ;) i bardzo mu się podobało bo nie tak drogo jak w Szwajcarii, w której był rok temu, wrzuciliśmy monety do puszek ofiarnych aby Buddha miał nas w opiece ;) i mieliśmy pojechać zobaczyć kolejną świątynię ale po drodze tylko jeden mały sklep z biżuterią. OK i tak nie mieliśmy co robić więc niech im będzie. Sklep niby exclusive ale produkty tandeta straszna i po strasznie "okazyjnych cenach" więc ruszyliśmy dalej ale zanim to nastąpiło, zgadnijcie co, ochrona z owego sklepu powiedziała naszemu kierowcy, że świątynia, do której mieliśmy się udać jest zamknięta bo jest dzień Buddhy i trwają modlitwy. Kurcze, jaka szkoda, więc może następny sklep. No i takich sklepów zaliczyliśmy jeszcze 3 lub 4, wkońcu znudzeni powiedzieliśmy kierowcy, który wyraźnie zaczął się denerwować, że nic nie kupiliśmy, aby zawiózł nas na jedzenie no i ten kolo 2:30 zawiózł nas z powrotem pod Royal Palace i z oburzeniem mówi 500 THB bo nic nie kupiliśmy. Już nawet nie wiem, który z nas powiedział mu grzecznie żeby s... i dałem mu 100 THB, jak się później okazało o 100 za dużo bo Royal Palace był cały dzień otwarty i padliśmy ofiarą naciągaczy, nie my zresztą jedyni. Na szczęście, jak to powiedział oficjalny strażnik przed pałacem, mięliśmy szczęście, że przywiózł nas tak wcześnie bowiem ostatnie bilety można kupić o 3:30 i mogliśmy wogóle nie dostać się tego dnia do środka. Royal palace jest piękny, powstal ponad 200 lat temu kiedy król jakiś tam swierdził, że nowa stolica Bangkok (przed Bangokiem Tajlandia miała 2 inne stolice) nie ma reprezentacyjnego kompleksu pałacowo-modlitewnego no więc nakazał wybudowanie owego. Nie pamietam dokładnych cyfr ale złota nie żałowano;) Wrażenie robi niesamowite, zresztą sami widzieliście na zdjęciach, które opublikował Jurek. Tego dnia jeszcze krótkie zakupy na Khao San Road i zmęczeni wróciliśmy do hotelu po czym wieczorkiem młodzież udała sie standardowo do Bedsupper Club oraz Q Bar, bardzo miłych miejsc na mapie rozrywkowej Bangkoku. Ogólnie super miejsce, ale niestety nie Tajskiej;), właściciele sa o dziwo z Singapuru...Oprócz tego o czym wspomniał o BSC Jurek dodam tylko, że mają najdziwniejszą kartę kokatjli jaką w życiu widziałem. Od tamtej nocy już nikt nie powi mi, że pewnych trunków mieszać nie należy;)

Cały piątek spędzilismy w miejscy zwanym Pratunam, ogromnym targowisku, hurtowo-detalicznym, konfekcja i manufaktura, to wszystko możecie zobaczyć na pratunam a oprócz tego kupić oryginalne inaczej produkty wszystkich marek i trzeba przyznać, że talent do kopiowania nasi tajscy przyjaciele mają;) Chciałem napisać tajowie, ale nie wiedziałem czy to poprawne określenie mieszkańców tego kraju więc zdegustowani naszą niewiedzą zrobiliśmy z Jurkiem szybki research, którego efekty znajdziecie tutaj ;)

http://zaprasza.net/a_y.php?mid=5532&category_id=1&search=&&PHPSESSID=e2f0a1402f17e93fead26abd0175bd1d

Zaopatrzeni w śmieszne koszulki po 10 zł sztuka i inne produkty maści wszelakiej i zmęczeni ulicznymi targami z wielką radością zakończylismy nasz dzień w hotelowym basenie...

Sobota, była ostatnim dniem wizyty moich zacnych gości w Azji. Pełen relax, spokojne śniadanko, ostatnie zakupy, lot do Singapuru, który był godzinę opóźniony i ostatecznie na One Tree Hill rd, tu gdzie wszystko się zaczyna i kończy dotarliśmy kolo 20 a samolot, który miał zabrać moich bohaterów back to Europe wyruszał o 23:50 więc szybkie pakowanie i moi kochani wyruszyli z powrotem na lotnisko aby spedzić kolejne 16 h w samolocie;( Mimo ograniczonego czasu znalazła się chwila na łzy, uściski i pożegnanie, ale nie ma co płakać zabaczę już Was wszystkich za dwa miesiące w Polsce. I tym optymistycznym akcentem kończę moją relację dziekując za cierpliwość i gratulując wytrwałości, że dobrnęliście aż tutaj..

Pragnę jeszcze raz podziękować szczególnie serdecznie moim kochanym rodzicom za wszystko. Tylko dzięki Wam mogę tu być i zawsze o tym pamiętam. Jak również mojemu bratu za to, że jest moim bratem i Łukaszowi, że zdecydował się mnie odwiedzić. Mam nadzieję, że podróż spełniła Wasze oczekiwania i na długo pozostanie w Waszej pamięci, a jeśli nie to zawsze możecie wpaść na Bloga;)


Tłum fanów F1 na torze Sepang,

Nie deszczu nie było, parasole miały chronić przed słońcem:)

Ah te wakacyjne biwaki pod namiotem;)

Bzykacze czyli Formula BMW.



Carrera Cup.

Kolejny zakręt.

Ten Pan chciał się wyróżnić z szarej masy i zawrócił:)


Parada kierowców i kierowcy Ferrari w klasycznych roadsterach.


Jeszcze tylko chwila i ...

Pierwsze okrążenie...

Szkoda, że zdjęcia nie oddaja atmosfery wyścigu...

Na tej prostej bolidy Renault dublowały prawie wszystkie inne samochody...

Phi Phi islands...

Niech zdjęcia mówią same za siebie...

Prawda, że musimy tam wrócić?!

Hmm, to jest chyba właśnie kolor turkusowy, tak;) ?

Mój brat Patryk i przyjaciel Łukasz...

Właśnie takimi łodkami najczęsciej dociera się na Phi Phi a podróż trwa godzinę, ciekawe jaki boski Leo dopłynął tam wpław, hmm:) ?

Patryk...

...z Łukaszem.

I jeszcze jedno, a na koniec najważniejsi...


Moja kochana mama z Łukaszem...

...oraz mój kochany tata, oraz ja, autor, dziękuję za uwagę i do następnego posta:)