J&K away

Saturday, February 04, 2006

Boracay, Filipiny, czyli 6 dni w raju

Witajcie :)


W tym momencie siedze w plecionym fotelu na plazy, stopy mam oparte o bialy piasek, wszedzie obok mnie rosna palmy. Na stoliku przede mna stoi swieczka, z glosnikow saczy sie chilloutowa muzyczka. Po mojej lewej mam wbite w ziemie pedy bambusa, a 10-15 metrow przede mna rozciaga sie szmaragdowy ocean. Normalnie to miejsce nazywa sie Boracay, wyspa na Filipinach. Ja nazywam je rajem.


Slowa nigdy nie oddadza tego, jak tu jest.


Nigdy nawet nie oddadza czastki tego uczucia, ktore Cie ogarnia, kiedy, saczac drinka, lezysz na skraju szmaragdowego oceanu. . .z glowa na bialym piasku, a stopami w idealnie czystej, zielonej wodzie . . . ktora delikatnie obmywa Twoje rozgrzane cialo . . .podnosisz wzrok i widzisz katamaran plynacy po linii horyzontu na tle zapierajacego dech w piersiach zachodu slonca. . . obracasz sie leniwie i widzisz kokosy na otaczajacych Cie palmach. . . i dociera do Ciebie. . .


ze wlasnie jestes na wymianie studenckiej :D

[powyzszy fragment powstal na Boracay. Reszta pisana jest pozniej]



Boracay to najpiekniejsza wyspa, na jakiej kiedykolwiek bylem. Ale moze od poczatku.

GETTING THERE

Podroz DO byla jedna z bardziej meczacych podrozy w moim zyciu. Z kilku powodow.Po pierwsze - i mysle, ze ten powod byl najistotniejszy - wylatywalismy z Singapuru o 8.20 rano w czwartek, czyli na lotnisku musielismy byc okolo 7 (Singapur, rozumiecie...). Stali czytelnicy wiedza, nowym (jezeli tacy sa, nie pochlebiaj sobie :D) przypomne, ze sroda to dzien imprezowy w Singapurze i wszedzie sa imprezy ze znizkami, promocjami etc (chociaz po miesiacu mozemy stwierdzic, ze przesadzaja z tym, ze sroda to taki imprezowy dzien - w czwartki, piatki, soboty i niedziele imprezy sa rownie dobre :D). No wiec pewnie juz domyslasz sie, do jakiego wniosku doszlismy w srode cala nasza banda (oprocz naszego mieszkania lecieli z nami Mario z Kanady [jest w relacji z malezji] i Santi z Barcelony). Tak, tak - stwierdzilismy, ze nie ma sensu isc na impreze, wracac do domu, spac i polprzytomnym budzic sie o 6 po godzinie czy dwoch snu - duzo lepiej prosto z imprezy pojechac na lotnisko :D

Zadanie to okazalo sie banalnie proste w realizacji. Moze nie do konca docieraly do nas srednio- i dlugofalowe konsekwencje tej decyzji, ale faktem jest, ze na lotnisku pojawilismy sie punktualnie o godzinie 7 rano w nastrojach, powiedzmy . . . no wakacyjnych, niech bedzie wakacyjnych :)

Moze rzuccie okiem na Andree i Grega, niech obraz zastapi slowa: (tu nastroje wakacyjne zaczynaja wyparowywac)



















No wiec zmeczenie bylo pierwszym czynnikiem, ktory utrudnial nasza podroz. Drugim byl niewatpliwie fakt, ze nie wiedzielismy, czy w ogole dotrzemy na miejsce, bo nie mielismy waznych biletow. Okazalo sie, ze cala nasza szostka jest zorganizowana mniej wiecej tak, jak ja (kto mnie zna, ten wie, kto nie, zaraz bedzie mial pojecie, o czym mowie), no i na czteroetapowa podroz (dwa samoloty, autobus i lodz) bilety mielismy tylko na pierwszy samolot, do Manilli - dalej nic. I właściwie nic nie mogliśmy z tym zrobić (o, odblokowałem sobie polskie znaki), bo międzyczasie (a byliśmy już wtedy na etapie, na którym nie mogliśmy podjąć żadnych kroków, bo było za późno) pojawiło się parę nowych, utrudniających sprawę zmiennych, mianowicie
okazało się, że na Filipinach są dwa lotniska - Manilla i Manilla Clark (gdzieniedzie zwane też Clark), a jedno od drugiego oddalone jest na tyle, że można wziąć samolot za 130zł, w związku z tym nie wiedzieliśmy, na które lotnisko przylatujemy, czyli z którego lotniska mamy szukać lotów dalej (a tak na marginesie, to to była Karola działka i do ostatniego dnia wszyscy byli przekonani, że te bilety mamy) <-- (Karol pewnie nie dopuści tego do publikacji) i tego typu drobne trudności. Ale co to dla nas! Bo skonsultowaniu się z odpowiednimi ludźmi dowiedzieliśmy się, że lądujemy w Manilli, więc mogliśmy zacząc szukać lotów (hehe, wiem, wiem). Ale okazało się, że lot, który idealnie by nam pasował (lądowaliśmy o 11.50, lot był o 14) jest pełny i nie ma ani jednego miejsca. Nie ukrywam, że w tamtej chwili byliśmy w lekkiej kropce. Gdzieś przeprowadzono jakieś badanie i okazało się, że Manilla zajmuje drugie, po Bagdadzie, miejsce na liście najbardziej niebezpiecznych miast świata dla białych turystów, na ulicach panuje coś w rodzaju nieoficjalnej wojny domowej, codziennie giną ludzie w zamachach, strzelaninach etc., także mieliśmy średnią ochotę zostawać tam na dłużej ("człowieku ja nie opuszczam terminalu" - "Stary, ja nie opuszczam McDonalds'a"). No więc po dłuższych poszukiwaniach udało nam się ustalić, że są jeszcze jedne linie, lokalne, Philippinian Airlines, i one kursują, owszem, i nawet mają lot, który by nam odpowiadał, czyli w okolice miejsca, gdzie chcemy dotrzeć (wyspa obok, no ale zawsze coś :D) i z tego lotniska, na które przylatujemy, ale czasowo to jest oferta podwyższonego ryzyka, bo my lądujemy o 11.50, a drugi samolot startuje o 13, czyli boarding kończy się o 12.40, a my musimy wylądować, przejść przez odprawę bagażową, paszportową, kupić bilet, zmienić terminal (czyli wziąc taksówkę i jechać przez miasto, bo terminal krajowy to de facto inne lotnisko, a Manilla jest jednym z najbardziej zakorkowanych miast Azji), znowu przejść przez odprawę bagażową i biletową, a wszystko to w ciągu MAKSIMUM 50 minut. I dobrze. Kto nas zna, wie, że nie lubimy się nudzić ;) No więc daruje Wam szczegółowy opis tego, co działo się w ciągu tych 50 minut (Einstein nie mylił się, kiedy mówił o względności czasu) - dość powiedzieć, że znaleźliśmy się o 12.50 w samolocie do Kalibo. No, może warte wzmianki są twarze 20-30 Filipińczyków, kiedy 6 białych wpadło jak w (nomen omen) białej gorączce do biura podróży i oznajmiło, że bardzo im przykro, ale MUSZĄ kupić bilet na samolot, który odlatuje za 20 minut - żaden z miejscowych nawet nie drgnął - taka kumulacja białych ludzi już sama w sobie musiała być dla nich dość oszałamiająca, a to, że mają samolot za 20 minut, na który nie mają biletu, nie mogą znaleść paszportu, nie wiedzą, czy mają pieniądze, a przy tym wszystkim jeszcze sobie żartują i sprawiają wrażenie, jakby sytuacja była dla nich w zupełności normalna, chyba przekroczyło ich granice tolerancji, bo wyglądali jak 20 słupów (przybrudzonej)(Jurek, ty rasisto!) soli. Ale poza tym wszystko przebiegło standardowo i w samolocie się znaleźliśmy, którym to samolotem, po upływie 45 minut, dotarliśmy szczęśliwie do Kalibo, wyspy zaraz koło naszej docelowej.

Mogliśmy (tzn. nie mogliśmy, ale gdybyśmy byli lepiej zorganizowani i wcześniej to wszystko zrobili, to byłaby taka możliwość) kupić bilet prosto z Manili do Caticlan - wtedy podróz byłaby bez wątpienia krótsza i łatwiejsza, ale z pewnością mniej interesująca, bo z Kalibo do Caticlan musieliśmy wziąć busa (2h drogi), a znaczy to mniej więcej tyle, że jechaliśmy przez prawdziwe Filipiny, a nie wykreowany na potrzeby turystów "rajski kurort" i zobaczyliśmy naprawdę fascynujące obrazy, jak m.in. krowę pasącą się wśród palm (na mnie ten widok zrobił ogromne wrażenie :D), centrum dystrybucyjne Coca-Coli gdzieś in the middle of nowhere, Filipińczyków śpiących sobie na dachu najpopularniejszego pojazdu na Filipinach, czyli hybrydy motocykla z samochodem (wszystko to poniżej na zdjęciach), chłopca jadącego sobie na wielkim byku (akurat to zdjęcie jest rozmazane, ale wrzucimy), filipińskie żniwa, miejscowy uniwersytet czy wreszcie chyba najoryginalniejszą stację benzynową, jaką kiedykolwiek widziałem :)









byk
















żniwa na Filipinach













Shell :)














krowa na tle palm















zawsze coca-cola














ile osób jedzie tym pojazdem?













Uniwersytet














ładnie, co?














widać prędkość, Karol robi postępy













typowa filipińska ulica










To wszystko było dla nas, prawdziwych turystów, na wagę złota, bo, jak się później okazało, z momentem, w którym przybyliśmy do Caticlan - ale o tym za chwilę, bo właśnie przypomniała mi się jedna rzecz warta opisania, mianowicie cwaniactwo miejscowych i jak uważnie należy słuchać tego, co się do Ciebie mówi na Filipinach. Otóż o cenę przejazdu w/w busem targowaliśmy się do upadłego, bo tutaj, jak zresztą chyba w każdym kraju w tej części świata, posiadanie białej skóry oznacza 1000% marżę na dzień dobry, także nigdy, przenigdy nie należy godzić się na pierwszą ofertę. Po mozolnych targach ustaliliśmy cenę na 200 pesos (czy pisos, różnie to piszą) od osoby (o cenach i różnych historiach z nimi związanych będzie za chwilę, także teraz to pominę), ale pod warunkiem, że boat will be included. No więc na dźwięk tej oferty nasz mały, przybrudzony, filipiński przyjaciel pokiwał skwapliwie głową i potwierdził, że yes, yes, of course, boat ticket will be included, sir. No to pięknie - wsiedliśmy, pojechaliśmy, dojechaliśmy, wysiadamy w Cataclan tuż przed przystanią promów, a nasz kierowca byebye i rusza...! No więc my za nim, halo, panie, jak to, dokąd to?? Przecież bilet jeszcze! Oh yes, yes, of course sir, I forgot, I will buy. Poszedł, kupił, rozdał każemu (razem ze swoją wizytówką), wsiadł, pojechał. No więc my cali w skowronkach, bo od raju dzieli nas już tylko jedna łódka i będziemy tam lada chwila, wchodzimy na terminal (najpierw przeszukali nam wszystkie bagaże) i okazuje się, że co? Że owszem, bardzo dobrze, że mamy ten bilet, no ale nie do końca jest tak, że możemy wsiąść na łódkę, no bo przecież oprócz biletu należy uiściś opłatę środowiskową i opłatę za terminal, które razem kosztują4 razy tyle co bilet!!! A sukinsyna już nie ma! Ale, Bogiem a prawdą - i to całej tej sytuacji nadaje ten humorystyczny wydźwięk - nie mogliśmy zarzucić mu nic, bo ze swoich zobowiązań wywiązał się w 100% - miał być bilet na łódkę i jest bilet na łódkę, nie? Po prostu my, w swojej europejskiej naiwności, nie wychwyliśmy jakże subtelnej różnicy między boat is included i boat ticket is included. Przy czym należy dodać, że ten Filipińczyk nie był jakimś wyjątkiem, wszyscy chcą Cię orżnąć tak bardzo, jak tylko się da, także trzeba cały czas mieć się na baczności. . . !

A, ceny - no więc 1 filipińskie peso to mniej więcej 5gr, czyli 1zł~20 pesos. Czyli za busa zapłaciliśmy po 10zł na głowę. Z ciekawych przykładów - spodenki kąpielowe, doskonałe podróbki Quicksilvera 8zł, drink z ananasem i parasolką 3zł, paczka Marlboro Lights 1,30zł, butelka wódki 1L w barze, nie w sklepie, 30zł, koraliki najróżniejsze 50gr itd itp. Nasza przygoda z nadpłatą za łódkę - 8 zł każdy, także strata niewielka :) Ale te ceny mają bardzo podchwytliwe działanie psychologiczne, bo wydaje Ci się, że wszystko jest za darmo, także wydajesz, wydajesz i wydajesz i w końcu wychodzi tak samo, jak przy normalnym poziomie cen.

Dobra, koniec dygresji - no więc z momentem, w którym przybyliśmy do Caticlan skończyły się w naszym odczuciu (a przynajmniej w moim odczuciu, a że to ja piszę tego bloga, to moje odczucia mają tu rolę bezdyskusyjnie decydującą) oryginalne, prawdziwe momenty, a zaczął się pobyt w starannie wyreżyserowanym kurorcie dla zachodnich turystów. (choć momentami można było zobaczyć coś więcej, niż się zobaczyć powinno - ktoś oglądał "Truman Show"?)

Rzućcie okiem na parę fotek jeszcze z Caticlan:






takie jest generalne podejście do życia ssaków w tym zakątku świata
















to cudo zawiozło nas na Boracay















Greg























Boracay coraz bliżej











wysiadka!














BORACAY

Tym katamaranem (wiem, wiem, trochę na wyrost, ale - jakby nie patrzeć - to jest katamaran) dotarliśmy na Boracay - nie dotarł do brzegu, tylko zatrzymał się w oceanie i trzeba było wziąć swój bagaż nad głowę i samemu dobrnąć do plaży - i od tego momentu kończy się ten przeraźliwie szczegółowy i chronologiczny opis, bo te 5 czy 6 dni, które tam spędziliśmy, zlewają się w moim umyśle w jedność, także napiszę Wam po prostu kilka uwag ogólnych. Albo - lepiej - pokaże Wam zdjęcia. Może po nich żaden opis nie będzie już konieczny . . .







prawda, że urocze?


















nic dodać, nic ująć

















relaks
















gorszy nie będę

















speaks 4 itself










koledzy dorwali go i specjalnie na potrzeby zdjęcia, używając dostępnych aktualnie surowców, zaprezentowali nam filipińską wersję Samuela L. Jackson'a:








:)



























my się grypy nie boimy!






workplace
















kto chce wziąć ślub?
















mhmm..












lepsiejsza część Boracay



































































me








myself




















& I



















dokądkolwiek poniesie nas wiatr

(na silnikowej łodzi)










Santi poetycka zaduma















jakoś te mango na wyspę obok dostać się muszą


















squad


















mua!































ja? grypa? panie bluźnisz!




jak zdecyduje się obciąć to będzie dopiero decyzja!






















nasz bungalow













najlepsze party na wyspie
















to wszystko dzięki temu facetowi!























ładowanie w toku























squad
















yeah baby!






















piękny Karol
















jaskinia










Cafe del Mar - stąd pisałem bloga


























łódką dookoła wyspy














rolex?

roamer?

gucci?














White Beach










smutny obrazek - łańcuch pozwalał jej skoczyć z jednej gałęzi na drugą. Tyle.


















Generalnie przez 5 dni robilismy mniej wiecej to samo - budzilismy sie o 12, szlismy na sniadanie (ssssszzzzzliiiiiiiismyyyyy na ssssssniaaaadaaaaanieeee bardziej) - jak konczylismy sniadanie, bylo juz popoludnie, a ze bylo za goraco, zeby robic cokolwiek, a zwlaszcza lezec na plazy w pelnym sloncu, zazwyczaj lezelismy na tych boskich lezakach w cieniu palm - obsluga przynosila Ci poduszki, takze lezalo sie na 6 wielkich bialych poduszkach, pilo sie koktajl ze swiezych ananasow i czytalo sie ksiazke, albo sie drzemalo, albo sie ewentualnie odganialo miejscowych handlarzy mydlem i powidlem (w wydaniu filipinskim - zegarkami i okularami) i nie robilo sie nic.

Raz na jakis czas dawalismy sie namowic na jakies sporty wodne - chcielismy plywac na bananie, ale okazalo sie, ze calkiem pokazny procent naszej grupy ma jakies traumy zwiazane z tym pozornie niewinnym urzadzeniem - ja zmierzylem sie z potega banana ostatniego lata nad polskim morzem, kiedy to sadystyczny kierowca motorowki miotal mna i moimi przyjaciolmi i uderzal nami o twarda jak skala, lodowata powierzchnie wod Baltyku z widoczna przyjemnoscia, tak ze nie moglismy sie ruszac przez nastepne pare dni (ok, wczesniej powiedzielismy mu, ze mamy nadzieje, ze ten ostatni kurs bananem, ktory zrobil, to nie wszystko to, co potrafi, bo jezeli tak, to jezdzi jak baba i zeby pokazal nam, co ta maszyna potrafi i nie mial litosc - doslownie - takze samismy sobie winni :D); Andrea tez mial bardzo zblizone doswiadczenie we Wloszech, tylko jeszcze bardziej hardkorowe - jeden z jego przyjaciol stracil pare zebow i zlamal nos - jak sie spada z tego glupiego banana przy pelnej predkosci, to jest pelna losowosc - albo masz szczescie i po prostu uderzasz kazda czescia ciala w lodowata sciane wody i czujesz, jakbys mial zaraz umrzec tylko od sily uderzenia, albo masz mniej szczescia i lecisz w ta sama strone co inni (no a, kurde, raczej ciezko myslec o kacie lotu w momencie, kiedy w niekontrolowany sposob spadasz z pedzacego banana, takze prawie zawsze lecisz tam, gdzie inni) i wtedy robi sie naprawde nieciekawie, bo mozesz z rownym prawdopodobienstwem po prostu wpasc do wody obok kumpla, ale rownie dobrze mozecie sie z calym impetem ciala spadajacego z rozpedzonego banana uderzyc sie glowami, albo on moze uderzyc Cie noga w gardlo - wszystkie kombinacje sa mozliwe - jest jak w Totolotku, a Ty i Twoi kumple to pieprzone kuleczki w maszynie losujacej. Andrea jak zwykle wyjasnil to swoim uroczym angielskim - No, Yuri, ok. Ok, banana. For me is ok. But say it to my nose, my teeth - not ok.

Ale dobra, bo sie rozpisalem i trace watek :D


W kazdym razie glod adrenaliny zwyciezyl nad empirycznymi uprzedzeniami i zdecydowalismy sie na tego banana (for sure this time it will be safe, right? hehe), ale lokalny chlopak, ktory zalatwial nam wszystkie rozrywki typu wlasnie watersports zdziwil sie, dlaczego chcemy wziac banana a nie flyfish. A co to jest, drogi chlopcze, flyfish?

No i wlasnie wtedy dowiedzielismy sie, ze flyfish to jest taka nowosc, na razie mozna na tym plywac w 4 miejscach na swiecie, wszystkie w SE Asia, i generalnie to jest taki niby banan, tylko szerszy, wiekszy, szybszy . . . i lata. Nie mamy zdjec naszego flyfisha, takze zamieszcze zdjecia, ktore znalazlem w sieci.


























Uwierzcie mi - NIKT na tym urzadzeniu nie zachowuje sie tak, jak ludzie na drugim zdjeciu. Ludzie sa zdecydowanie bardziej przerazeni. Nasz przejazd byl niesamowity. Nikt sie nie polamal, nikt sie nie potlukl, a latalo to cos jak szalone! No dokladnie tak, jak na obrazkach. (jeszcze sie nie pochwalilem, ale bylem jedynym, ktory nie spadl - zastosowalem technike "na glonojada", wzglednie na gekona, czyli przyssalem sie cala powierzchnia mojego watlego ciala do flajfisza i uzylem calej swojej mocy, zeby stac sie z nim jednym) (reszta spadala jak przejrzale gruszki przy letniej wichurze, hehe).

Innego dnia wzielismy sobie miejscowego chlopa z jego lodka (tfu, katamaranem) i poplynelismy dookola wyspy, po drodze zaliczajac nurkowanie i zwiedzanie podmorskich jaskin (tak gwoli scislosci, to nie wiem, czy mozna je okreslic podmorskimi jaskiniami, takie naturalnie wyzlobione jaskinie, do ktorych caly czas wdziera sie moze - podmorskie to czy nie podmorskie?). Nurkowanie bylo BOSKIE! Ok, trzeba mi tu powiedziec, ze to bylo snorkelling, czyli nurkowanie z maska i rurka, a nie nurkowanie NURKOWANIE z calym sprzetem. Takie prawdziwe zrobili Karol i Andrea dzien wczesniej. Zeby sprawiedliwosci stalo sie zadosc. W kazdym razie ja nurkowalem (nurkowalem) juz dwa razy w zyciu, ale to nurkowanie na Boracay dostarczylo mi nieporownywalnie wiecej frajdy z jednego prostego wzgledu - i nie, nie jest to bogactwo fauny w tropikalnych wodach Filipin. Po prostu od jakiegos pol roku nosze soczewki, a wczesniej nosilem okulary. Ci, co mnie znaja, wiedza, ze moja wada jest dosc powazna (-3) i bez okularow, hmm, jak by to ujac dyplomatycznie, no za duzej ostrosci moj narzad wzroku nie zapewnia, tak wiec moje dwa nurkowania wygladaly mniej wiecej tak, ze zostalem mega profesjonalnie opakowany, pletwy, pianka, butla, okulary (ale te do nurkowania, nie moje), wrzucili mnie do tej wody, plywalismy, zeszlismy na jakies 7 – 8m, po czym po wynurzeniu miał miejsce mniej więcej taki dialog:
- Boże, to fantastyczne! Widziałeś te ryby??

- eee… jakie ryby?
:DDD



A teraz miałem soczewki i widziałem wszystko! I to było coś niesamowitego, bo nurkowaliśmy na prawdziwej rafie koralowej, wśród setek przepięknych, kolorowych ryb, które pływały sobie wokół nas, nic nie robiąc sobie z naszej obecności – coś wspaniałego!


Poza tymi dwoma wypadami – flyfishem i łódką (tfu, katamaranem), większość czasu spędzaliśmy nie ruszając się zanadto, także nie będę tego za rozwlekle opisywał (w tym miejscu wypada mi pogratulować wytrwałym czytelnikom – słowa uznania, że dotarliście aż tutaj).


Może jeszcze parę słów o zachodzie słońca. Zachód słońca na Boracay jest bez wątpienia najpiękniejszym zachodem słońca, jaki kiedykolwiek widziałem. Niebo mieni się tysiącami kolorów . . Nie będę opisywał – nie potrafię – spójrzcie na zdjęcia…










































































































































































no, to tyle...

w następnym odcinku o powrocie z Boracay do Singapuru ( a jest o czym opowiadać)

W tym miejscu, drogi czytelniku, chciałbym Ci jeszcze raz SERDECZNIE POGRATULOWAĆ, że dotarłeś do tego miejsca - za Twój upór czeka Cię teraz nagroda!! Nie jestem jedyną osobą, której sprawiasz radość tą lekturą. Spójrz:
























































































hehehe :)